bannery_lawsonia_Trzoda Chlewna

Trzoda chlewna – moja pasja zawodowa

Trzoda chlewna – moja pasja zawodowa

 

Wywiad z doktorem Wojciechem Kempą, specjalistą chorób trzody chlewnej

 

Od wielu lat sprawuje Pan doktor opiekę nad stadami świń w Polsce. Proszę powiedzieć w kilku słowach, w jaki sposób rozpoczęła się Pana „przygoda z trzodą chlewną”?

 

 

 

– Urodziłem się w Toruniu. Po zdaniu matury przeniosłem się do Olsztyna, co związane było z podjęciem przeze mnie studiów na Wydziale Weterynaryjnym ówczesnej Akademii Rolniczo-Technicznej. Studia ukończyłem w 1978 roku. Pierwszą pracę podjąłem w byłym województwie olsztyńskim, w Terenowym Oddziale Weterynaryjnym w Szczytnie. Początkowo pracowałem w Lecznicy w Pasymiu, a następnie kilka lat w Dźwierzutach. W 1982 roku przeniesiono mnie służbowo do pracy w Wielbarku, gdzie znajdowała się Ferma Przemysłowego Tuczu Trzody Chlewnej, należąca do Kombinatu Rolnego Mazury. Tam rozpocząłem sprawowanie opieki weterynaryjnej i tak rozpoczęła się moja przygoda z leczeniem świń w wielkotowarowych fermach trzody chlewnej.

 

 

 

Czy należy rozumieć zatem, że leczenie i opieka weterynaryjna nad trzodą chlewną to podyktowany losem przypadek?

 

 

 

– Wprost przeciwnie! Jakkolwiek, od tamtego czasu zajmuję się wyłącznie świadczeniem usług weterynaryjnych w fermach świń, w moim życiu znajduje się krótki epizod, kiedy to próbowałem zajmować się lecznictwem małych zwierząt. Nie przypadło mi to jednak do gustu. Praca w miejskiej lecznicy, w określonym wymiarze godzin nie odpowiadała mi zupełnie.

 

Zawsze lubiłem wieś i obcowanie z naturą. Wyjazdy poza miasto były dla mnie czymś wspaniałym i fascynującym. Z rolnikami znajdowałem wspólny język i zawsze dobrze mi się z nimi współpracowało podczas rozwiązywania problemów związanych z chowem świń.

 

Praca w Wielbarku i leczenie trzody chlewnej od początku stało się moja pasją. Opieka weterynaryjna nad dużym stadem, w fermie produkującej w cyklu zamkniętym, dawała możliwość globalnego wpływania na zdrowie zwierząt oraz efektywność produkcji. Kierowniczką fermy w tamtych latach była Pani mgr inż. Leokadia Matraszek. Ten doskonały fachowiec i świetny zootechnik uczył mnie dokumentacji fermowej oraz analiz wskaźników produkcyjnych gospodarstwa.

 

Pracując w gospodarstwie poznałem prof. Zygmunta Pejsaka. Gdy młodzi lekarze nie mogli poradzić sobie z problematyką fermy, wtedy zawsze można było liczyć na pomoc i doświadczenie profesora. Profesor przyjeżdżał osobiście do gospodarstwa i udzielał konsultacji. Wspólnie realizowaliśmy badania nad wdrażaniem różnych sposobów szczepień ochronnych przeciwko chorobie nosoryjowej – ZZZN. Dzięki profesorowi ferma, w której pracowałem ograniczyła zachorowania zwierząt związane z tą jednostką chorobową.

 

Młodszym Czytelnikom chciałbym przypomnieć, że na początku lat osiemdziesiątych nie mieliśmy dostępu do tak doskonałych jak współcześnie szczepionek konwencjonalnych. W fermach wielkotowarowych do obowiązkowych szczepień ochronnych należała wyłącznie profilaktyka swoista różycy – wykonywanej za pomocą szczepionki Vaccina VR², oraz pomoru świń – przy użyciu Lapestu.

 

Kolejną, niezwykle interesującą, poznaną przeze mnie wówczas osobą był prof. Molenda, który pracował w ZHW we Wrocławiu i zajmował się diagnostyką kolibakteriozy, typowaniem serotypów E. coli, oraz immunoprofilaktyką tej jednostki chorobowej. We współpracy z profesorem wdrożyłem w fermie, z doskonałym efektem, szczepienia ochronne przeciwko kolibakteriozie. Profesor dostarczał do gospodarstwa wyprodukowaną w swym zakładzie autoszczepionkę! Ten sposób zwalczania choroby był w tamtych latach bardzo nowatorski.

 

 

 

Proszę powiedzieć co uważa Pan Doktor za swój największy sukces zawodowy?

 

– W połowie lat dziewięćdziesiątych, po kilku latach przerwy w pracy na fermie w Wielbarku, ponownie rozpocząłem sprawowanie opieki weterynaryjnej nad zdrowiem świń będących w posiadaniu nowego właściciela. Po okresie przekształceń były to Sokołowskie Zakłady Mięsne.

 

Początek lat dziewięćdziesiątych to okres kiedy w kraju naszym największe spustoszenie siał PRRS – zespół rozrodczo-oddechowy świń. Naszego gospodarstwa również problem ten nie ominął. Chorobę sprowadzono wraz z zakupionymi loszkami remontowymi. W pełni wrażliwe zwierzęta chorowały bardzo ciężko. Największe spustoszenie PRRS siał w sektorze rozrodu. Pojawiły się masowe ronienia loch w ciąży, problemy ze skutecznym pokryciem i wysoki procent padnięć prosiąt na porodówce. Badania laboratoryjne przeprowadzone w Państwowym Instytucie Weterynaryjnym w Puławach potwierdziły rozpoznanie.

 

Gdy tamte wydarzenia przypominam swoim przyjaciołom nie wierzą, że przy tak niewielkiej wtedy wiedzy, jaką posiadaliśmy o chorobie, udało się nam wszystkim pracującym w fermie odnieść sukces.

 

Strzępki informacji o siewstwie choroby poprzez nasienie knurów skłoniły nas do wybicia całej stawki knurów stadnych, utworzenia stacji pobierania nasienia i przejścia na 100% inseminację. Kolejnym krokiem było wstrzymanie jakichkolwiek zakupów loszek, a oparcie remontu stada wyłącznie na stadzie satelitarnym, dzięki posiadanym lochom PBZ. Kierowniczka Fermy zajmowała się doborem knurów do kojarzeń oraz wyborem loszek do dalszego chowu – czyli selekcją. W gospodarstwie ściśle przestrzegano zasad związanych z technologią. Tworzono, w miarę możliwości, grupy technologiczne, które izolowane były od innych grup wiekowych. Obowiązywała zasada całe pomieszczenie pełne – całe puste, a każdy dział produkcyjny po opróżnieniu go ze zwierząt poddawany był gruntownemu myciu, oczyszczeniu mechanicznemu i dokładnej dezynfekcji. Ograniczono liczbę osób wizytujących, zakazano wstępu do pomieszczeń inwentarskich osobom postronnym, rozgraniczono strefy białą i czarną. Fermę ogrodzono dodatkowym płotem, wydzielając drogę dla paszowozów, samochodów do odbioru żywca oraz gnojowicy i sztuk padłych.

 

Ferma całkowicie zamknęła się na kilka lat. Dwa razy, w odstępie około 12 miesięcy obserwowałem nawrót choroby, ale każdy z nich był słabszy. Ciągle monitorowałem stan zdrowia zwierząt badaniami serologicznymi prowadzonymi w PIWet w Puławach. Uzyskiwane wyniki wskazywały na stabilizację choroby. Po ok. 5 latach otrzymywane wyniki były ujemne. Wielokrotnie sprawdzałem status zdrowia zwierząt badając różne grupy wiekowe, czyli prosięta, warchlaki i tuczniki. To co mogło wydawać się niemożliwym, stało się faktem. Zwierzęta uległy samowyleczeniu. Myślę, że do dnia dzisiejszego świnie w Wielbarku wolne są od tej choroby.

 

 

 

Opieka nad stadem świń wymaga od lekarza weterynarii fachowej wiedzy z wielu dziedzin. Dziś nie wystarczy wiedzieć jak leczyć zwierzęta, specjalista chorób trzody chlewnej powinien swobodnie poruszać się również w dziedzinie żywienia, rozrodu, organizacji produkcji, bioasekuracji… Czy jest coś co interesuje Pana doktora szczególnie?

 

 

 

– Według mnie, najważniejszą sprawą w każdym gospodarstwie lub fermie jest problematyka dotycząca rozrodu świń. Mam świadomość, że właśnie w tym dziale produkcyjnym najwięcej popełnianych jest błędów – a przecież jest to dział „napędzający” całe gospodarstwo. Źle funkcjonujący rozród to w efekcie ponadnormatywna w fermie liczba loch stada podstawowego, mała liczba urodzonych prosiąt i sprzedanych tuczników. To także złe wyniki ekonomiczne, niedobory funduszy na leki, paszę, bieżące remonty budynków i wyposażenia, oraz brak dobrego remontu stada. Wydaje mi się, że dobrze radzę sobie z problematyką z tego zakresu, a jest to zasługa kontaktów z prof. B. Kemp’em z Holandii oraz prof. A. Zięcikiem z instytutu PAN w Olsztynie.

 

 

 

Sprawuje Pan opiekę weterynaryjną wyłącznie w stadach trzody chlewnej. Czy praca w wąskiej stosunkowo dziedzinie spełnia Pana oczekiwania związane z wykonywaniem zawodu lekarza weterynarii? Czy daje zadowolenie?

 

 

 

– Współczesny lekarz weterynarii nie może być profesjonalistą w każdej dziedzinie. Tylko wąska specjalizacja gwarantuje możliwość bycia dobrym i kompetentnym lekarzem. Moją pasją zawodową jest ciągłe pogłębianie wiedzy związanej z problematyką świń. Kiedy dowiedziałem się o możliwości rozpoczęcia dalszej edukacji w interesującej mnie dziedzinie, zapisałem się na pierwsze studium specjalizacyjne w zakresie chorób trzody chlewnej, organizowane w Puławach przez prof. Zygmunta Pejsaka. Po uzyskaniu tytułu specjalisty, wraz z kolegami – lekarzami specjalistami chorób świń, w dalszym ciągu kontynuujemy naszą edukację poprzez wspólnie organizowane wyjazdy szkoleniowe do różnych krajów Europy oraz konferencje naukowe z udziałem najlepszych wykładowców z zagranicy.

 

 

 

Możliwość spełnienia planów i marzeń zawodowych to gwarancja satysfakcji dla lekarza weterynarii, nie oznacza to chyba, że problemy Pana omijają?! Każdy z nas przeżywa przecież chwile frustracji czy zniecierpliwienia związane z wykonywaną na co dzień pracą, czy jest coś co pozwala Panu oderwać się od pracy? Czy znajduje Pan czas na hobby?

 

 

 

– Moje hobby to wędkarstwo. Staram się każdego roku wyjechać na ryby do Skandynawii. Przynajmniej na jeden tydzień. Oprócz wrażeń wędkarskich Skandynawia dostarcza niezapomnianych przeżyć estetycznych. Czyste powietrze, bezmiar lasów i uprzejmość gospodarzy gwarantuje doskonały relaks, odpoczynek i chociaż chwilowe oderwanie się od problemów życia codziennego.

 

 

 

Pozostaje mi zatem życzyć Panu doktorowi nie tylko dalszych sukcesów zawodowych, ale także więcej możliwości i przede wszystkim dużo więcej czasu na wyjazdy do „pozwalającej odetchnąć” Skandynawii…

 

 

Dziękuję serdecznie za rozmowę.

Na Ziemi Opolskiej

Na Ziemi Opolskiej

 

Wywiad z lekarzem weterynarii Piotrem Krasowskim – specjalistą chorób świń

 

W bieżącym roku obchodzi Pan 10-cio lecie pracy zawodowej. Od kiedy zajmuje się Pan trzodą chlewną?

 

– Rzeczywiście, w maju mija 10 lat mojej pracy. W lutym1996 roku odpowiedziałem na ofertę pracy w wielkotowarowej fermie trzody chlewnej (2500 loch stada podstawowego) w obecnym województwie lubuskim. Od tamtej pory moja praktyka faktycznie stała się „monogatunkowa”. W tamtych czasach w naszym zawodzie nie było łatwo wystartować młodemu adeptowi wydziału Medycyny Weterynaryjnej. W sprywatyzowanych lecznicach nie było możliwości odbycia stażu i nabrania odpowiedniego doświadczenia. Całe studia miałem świadomość, że będę musiał się wyspecjalizować w jednej dziedzinie. Zadecydował los, za co mogę mu tylko dziękować. Miałem to szczęście, że znalazłem się we właściwym miejscu i o właściwej porze. Dzięki ogromnemu entuzjazmowi, otwarciu na nowości oraz ambicji ówczesnego prezesa spółki, będącej właścicielem fermy, miałem unikalną okazję zdobywania wiedzy i doświadczenia w zawodzie, pod okiem najlepszych specjalistów-praktyków, lekarzy weterynarii i zootechników z Europy Zachodniej i Polski. Tam też poznałem wybitnego naszego specjalistę w dziedzinie hyopatologii – Pana Profesora Zygmunta Pejsaka, pod którego przewodnictwem miałem zaszczyt ukończyć studia specjalizacyjne. Po odejściu z mojej „fermy nauczycielki” postanowiłem spróbować swoich sił w pracy na własny rachunek.

 

Jak dalej potoczyła się Pana kariera?

 

Praktykowałem w fermach wielkotowarowych w północno-zachodniej Polsce nabierając coraz większego doświadczenia i utwierdzając się w przekonaniu, że jeden lekarz weterynarii jest w stanie, w sposób ciągły, opiekować się jednocześnie bardzo dużą liczbą świń, rozmieszczonych w fermach oddalonych od siebie niejednokrotnie o setki kilometrów. Było to ogromne doświadczenie wymagające jednocześnie dużego poświęcenia i zaangażowania, ponieważ nasza infrastruktura komunikacyjna nie dorosła jeszcze do wymagań współczesnej gospodarki. W tamtym czasie niejednokrotnie zdarzało mi się pokonywać po naszych polskich drogach nawet 10 000 km miesięcznie. Zajmowało to ogromną ilość czasu. Z czasem ograniczyłem swoje wyjazdy przede wszystkim ze względów rodzinnych. W roku 2000 wróciłem do korzeni, czyli na Opolszczyznę.

 

Jak obecnie wygląda Pańska praca – lekarza specjalisty chorób trzody chlewnej?

 

Obecnie praktykuję przede wszystkim w fermach średnio i drobnotowarowych (skala od 20 do 200 macior), głównie na terenie województwa opolskiego. Współpracuję z grupą bardzo wdzięcznych klientów. Mam tutaj na myśli przede wszystkim rozwojowy charakter tych ferm oraz ich sprawność finansową. W większości są to ludzie młodzi, którzy nie tylko chętnie inwestują w swoje gospodarstwa, ale otwarci są także na nowoczesne rozwiązania oraz pomysły.

  

Na czym polega współpraca Pana doktora z hodowcami?

 

Generalnie stawiam na profilaktykę i właściwe zarządzanie stadem. Standardowe wizyty odbywam średnio raz na trzy tygodnie lub w zależności od potrzeby i sytuacji zdrowotnej. Wspólnie z właścicielem dokonujemy oględzin kolejnych działów produkcji, zwracając uwagę na zgromadzone informacje dotyczące poszczególnych grup zwierząt. Należą do nich przede wszystkim:

 

· Skuteczność pokryć/inseminacji – pierwotnie potwierdzana przeze mnie badaniem ciąży u samic powyżej 4 tygodni od pokrycia/inseminacji,

 

· Liczba żywo-, martwo- urodzonych prosiąt oraz liczba mumifikatów,

 

· Liczba padnięć w poszczególnych grupach i określonych etapach produkcji (porodówka, odchowalnia, tucz),

 

· Przyrosty, mierzone na podstawie przeważeń lub przyżyciowo (podczas sprzedaży),

 

· Zużycie paszy na 1 kg przyrostu,

 

· Liczba tuczników sprzedanych od statystycznej maciory z gospodarstwa w ciągu roku.

 

Informacje te są cyklicznie uzupełniane przez laboratoryjne badania monitoringowe oraz okresowe badanie poubojowe. W przypadku konieczności wykonywane są sekcje padłych zwierząt, niejednokrotnie zakończone szczegółowym badaniem laboratoryjnym zwłok.

 

Dopiero po takim kompletnym wglądzie w sytuację zdrowotną zwierząt na fermie ustalany jest program profilaktyczny (90% leków zużywanych na fermach służy profilaktyce) i sposób postępowania ze zwierzętami. Każde gospodarstwo wymaga oczywiście indywidualnego traktowania, w zależności od występujących problemów.

 

Właścicieli i personel doszkalam na bieżąco w zakresie doraźnej pomocy weterynaryjnej oraz podstawowych zabiegów. W razie jakichkolwiek wątpliwości jesteśmy w stałym kontakcie telefonicznym a w szczególnych sytuacjach interweniuję osobiście.

 

Czy jest to standardowe postępowanie?

 

Tak, standardowe, jednak współpracę z nowymi klientami zazwyczaj zaczynam od ugaszenia najbardziej palących problemów. Dopiero następnym etapem jest uświadomienie właścicielowi, że na tym rzecz się nie kończy, że dopiero teraz naprawdę możemy zacząć pracować nad stadem. Czasami wiąże się to z prawdziwą rewolucją na fermie, szczególnie w zakresie organizacji produkcji.

 

Czy nie obawia się Pan, że taki „przeszkolony” hodowca zrezygnuje z Pańskich usług?

 

Nie obawiam się bo jest to dopiero początek naszej wspólnej przygody. Dalszy etap to ciągłe udoskonalanie, tzw. „dopieszczanie” detali, które musi trwać przez cały czas funkcjonowania fermy. Tym bardziej, że czysta wiedza weterynaryjna jest jedynie uzupełnieniem całej rozciągłości wiedzy związanej z produkcją świń. Moi farmerzy zdają sobie z tego sprawę. Poza tym staram się dostarczać im nowych bodźców do współpracy, systematycznie podnosząc swoje kwalifikacje i standard wykonywanych usług.

 

W ostatnim czasie zawiązała się grupa kilkunastu lekarzy weterynarii hyopatologów, do której i Pan należy. Organizujecie spotkania w swoim gronie, na które zapraszacie wybitnych fachowców w interesujących was dziedzinach. Czy wymiana doświadczeń i pogłębianie wiedzy to jedyne przesłanie tej grupy?

 

Jest to główny cel naszej współpracy. Co więcej wyniknie w przyszłości trudno przewidzieć. Na pewno będziemy wspierać się wzajemnie i na innych płaszczyznach np. społeczno-zawodowej, być może i gospodarczej. Niedawno odbyliśmy bardzo pouczające spotkanie z szefem największego w Danii zespołu lekarzy weterynarii hyopatologów. Myślę, że w przyszłości integracja naszej grupy zawodowej wyjdzie wszystkim na zdrowie.

 

Tym bardziej, że wśród naszych klientów takie zjawisko jest coraz bardziej powszechne. Silny klient będzie wymagał silnego usługodawcy-opiekuna.

 

Na czym skupia Pan największą uwagę w swojej pracy zawodowej?

 

To co powiem nie cieszy się jeszcze powszechną aprobatą wśród lekarzy weterynarii ani wśród hodowców, szczególnie tych rozpoczynających ze mną współpracę, u których moje postępowanie wzbudza niejednokrotnie zdziwienie. W swojej pracy zawodowej oprócz tego, że jestem lekarzem, staram się być również zootechnikiem. Moim przewodnikiem w tej dziedzinie był niemiecki zootechnik, który nauczył mnie obserwować i rozumieć świnie. Wiedza weterynaryjna tak naprawdę uzupełnia wiedzę zootechniczną o świniach.

 

Co więc odgrywa kluczową rolę w produkcji trzody chlewnej?

 

Nie można tego określić jednym zdaniem. Według mnie w pierwszym rzędzie sposób zarządzania stadem i żywienie, któremu szczególnie ostatnio, po roku obfitującym w tanie kiepskie zboża, poświęcam wiele uwagi.

 

Co Pan uznaje za swój największy sukces zawodowy?

 

Ciągle rosnące grono moich klientów, ich lojalność i zaufanie, jakim mnie obdarzają oraz dobre wyniki osiągane wspólnie z najlepszymi klientami – np. w jednym z gospodarstw osiągnęliśmy zużycie paszy łącznie ze stadem podstawowym na poziomie 2,8 kg na kg sprzedanego żywca, przy średniej mięsności 58-59%.

 

Największa troska, zagrożenie?

 

Bałagan legislacyjny. Brak kontroli (głównie weterynaryjnej) nad stadami zarodowymi rodzimych ras świń.

 

 Czego Panu Doktorowi życzyć na przyszłość?

 

 Myślę, że utrzymania obecnej tendencji rozwojowej.

 

Tego zatem życzę, jak również wszelkiej pomyślności w pracy zawodowej i w życiu osobistym. Dziękuje za rozmowę.

 

 

pekol

Specjalista od bardzo dużych stad świń

Specjalista od bardzo dużych stad świń

 

Wywiad z lek. wet. Piotrem Więskiem specjalistą z firmy Poldanor

 

Jest Pan jednym z nielicznych polskich lekarzy weterynarii, który stosunkowo długo pracował w chlewniach wielkotowarowych w USA. Jakie są Pana spostrzeżenia z tego okresu pracy? Czego dobrego się Pan tam nauczył?

 

Do USA wyjechałem z całą rodziną na zaproszenie drugiego co do wielkości na rynku amerykańskim producenta trzody chlewnej (500 000 loch). Program obejmował trening w zakresie zarządzania produkcją trzody chlewnej. Pracę rozpocząłem na fermie genetycznej PIC (3800 loch), po 10 miesięcy w każdym dziale produkcji tzn. rozród, porodówki, odchowalnia loszek.

 

Poznałem wszystkie aspekty produkcji zawsze zaczynając od pozycji zwykłego pracownika.

 

Pracę na fermie poznałem od podstaw, w systemie amerykańskim to warunek, aby zostać menadżerem. Tam zacząłem myśleć po menadżersku i zrozumiałem, że pierwszoplanowe w efektywności produkcji jest zarządzanie stadem. Wiedza weterynaryjna bardzo mi w tym pomogła.

 

Myślę, że Pana doświadczenia amerykańskie przyczyniły się do tego, że jest Pan w Polsce postrzegany jako specjalista od bardzo dużych stad świń.

 

Doświadczenia amerykańskie otworzyły mi możliwości pracy w „Primie”, o której dowiedziałem się jeszcze w USA. Moja specjalizacja od „dużych stad” ewoluowała razem z „Primą” i jest owocem ciężkiej pracy. To właśnie w „Primie” zacząłem organizować weterynarię dużej operacji przy pomocy specjalistów z Anglii, USA oraz Hiszpanii. Nauczyłem się jak budować efektywny system monitoringu zdrowia i konstruowania budżetu, nie zapominając, że priorytetem jest produkcja wysokiej jakości mięsa wieprzowego przy niskich kosztach produkcji.

 

Od wielu lat współpracuje Pan w Polsce z dużymi producentami trzody chlewnej, kiedyś PRIMA, teraz POLDANOR. Jest to przypadek, czy wybór?

 

Oczywiście, że to świadomy wybór, który podjąłem w USA. Jest to duże wyzwanie, duża odpowiedzialność, ale również duża satysfakcja.

 

Zdecydowana większość lekarzy obawiałaby się współpracy z dużymi korporacjami producenckimi. Czy nie tęskni Pan czasami za romantycznymi chlewniami z 20 – 50 lochami stada podstawowego?

 

Pracowałem w romantycznych chlewniach i nie tęsknię za nimi. Jeżeli większość lekarzy rzeczywiście obawia się współpracy z dużymi korporacjami to ja mogę spać spokojnie, że nie rośnie mi konkurencja. Teraz poważnie; duża operacja to praca w zespole specjalistów, duża różnorodność problemów i wymiana doświadczeń z kolegami z różnych krajów. Według mnie to przyszłość dla specjalistów chorób trzody, którzy ustawicznie chcą podnosić swoje kwalifikacje i zmagać się z problemami w dużej skali, to naprawdę ciekawa praca.

 

Czy czuje się Pan bardziej lekarzem weterynarii, czy kierownikiem produkcji?

 

Pracuję jako główny lekarz weterynarii Poldanor S.A., kierownik gabinetu weterynaryjnego, ale tak naprawdę nie da się rozdzielić lecznictwa od produkcji. Bioasekuracja i dobrostan zwierząt decydują o zdrowotności stada, odpowiadam za standardowe i awaryjne procedury leczenia i profilaktyki. Moim pacjentem nie jest indywidualne zwierzę, ale całe stado. Pojedynczymi przypadkami zajmują się podlegli mi pracownicy.

 

Kilka lat temu ukończył Pan Studium Specjalizacyjne z zakresu chorób świn. Czy wiedza zdobyta na Studium, którego profil ukierunkowany jest na klasycznego lekarza, przydaje się Panu w pracy na dużych fermach?

 

Oczywiście, że tak. Przecież w praktyce rzadko się zdarza, że lekarz ma okazję spotkać wszystkie choroby, i chyba całe szczęście. Studium specjalizacyjne uzupełnia wiedzę zdobytą w praktyce i ukierunkowuje myślenie, to bezcenne doświadczenie.

 

Pracuje Pan teraz w fermach POLDANORU. Jak oni to robią, że osiągają tak świetne rezultaty? Czy mógłby Pan przytoczyć kilka danych produkcyjnych?

 

Rzeczywiście, można tylko pozazdrościć takich rezultatów. Fermy Poldanoru zarządzane są przez bardzo dobrych menadżerów, mają dobrze przeszkoloną załogę oraz wysokoplenną linię genetyczną stada podstawowego. Duży nacisk kładziemy na rozród i porodówki, gdzie pracownicy wykonują swoje obowiązki z dużą starannością. Oto kilka danych produkcyjnych: prosięta żywo urodzone – 11,5-12,5 szt., śmiertelność na porodówkach – poniżej 10%, skuteczność krycia – 87-90%.

 

Ilu lekarzy obsługuje całe stado POLDANORU?

 

Dwóch lekarzy i kilku techników weterynarii.

 

Czego nauczył się Pan od Duńczyków?

 

Pracuję zbyt krótko, bo to zaledwie kilka miesięcy, na razie wymieniamy doświadczenia, ale jestem pod wrażeniem wyników w sektorze rozrodu i opieki nad noworodkami.

 

Ze względu na charakter pracy dużo korzysta Pan z usług laboratoriów weterynaryjnych. Czy Pana oczekiwania w tym zakresie są spełniane? Czy właściciele świń chętnie zgadzają się na prowadzenie tych kosztownych badań?

 

Wciąż czuje niedosyt dobrych, doświadczonych laboratoriów, korzystających z nowoczesnych technik diagnostycznych, ale tak jest nie tylko w Polsce. Zaawansowanych badań nie robi się codziennie, chętnie korzystam z Instytutu w Puławach, a w wyjątkowych wypadkach z laboratoriów europejskich. Właściciele świń doskonale rozumieją jak ważne są badania laboratoryjne, ich koszt czasami wysoki, zawsze się opłaca, bo zabezpiecza przed ewentualnymi dużymi stratami. Myślę, że jest to kwestia świadomości współczesnych hodowców.

 

Gdzie jest lepiej być lekarzem weterynarii, tu czy w Ameryce?

 

Oczywiście, że w Ameryce, ale nie koniecznie w dużych korporacjach producentów trzody.

 

Nigdy nie planowałem zostać w USA na stałe, chociaż było to łatwe. Było to wspaniałe doświadczenie, świetna przygoda, ale moje miejsce jest tutaj w Polsce.

 

Jakie programy zootechniczne i profilaktyczne stosowane są na fermach POLDANORU?

 

Fermy Poldanoru stosują standardowe procedury obróbki prosiąt. Akuszerzy, którzy monitorują porody 24 godziny na dobę osuszają noworodki dezynfekują pępowiny. Obcinanie ogonków, podawanie żelaza, Baycox 5% i szlifowanie ząbków odbywa się w 3 dniu życia, kastracja w 6, a kolczykowanie numerem stada w 14 dniu życia. Od 7 dnia życia prosięta dokarmiane są paszą dla osesków, a wybrane mioty otrzymują dodatkowo preparat mlekozastępczy. Lochy i loszki wchodzące do stada szczepione są w każdym cyklu przeciwko kolibakteriozie, różycy i parwowirozie.

 

 

(hari)

Hyopatolog i samorządowiec

Hyopatolog i samorządowiec

 

Wywiad z lek. wet. Piotrem Matybą – specjalistą z Kleczewa

 

Czy wybór miejsca pracy jako lekarza weterynarii zajmującego się chorobami trzody chlewnej był dla Pana dziełem przypadku czy też może wynikiem przemyślanej decyzji?

 

Ukończyłem studia weterynaryjne na SGGW w Warszawie już blisko 22 lata temu i przez cały czas mojej działalności zawodowej nie zmieniałem miejsca pracy, pozostając na stałe związany z Kleczewem w powiecie konińskim w Wielkopolsce. Trafiłem tutaj jako stypendysta i pracowałem w państwowej służbie weterynaryjnej w PZLZ, a po zmianach demokratycznych prowadzę własną (w budynku wykupionej lecznicy) przychodnię weterynaryjną, cały czas najwięcej uwagi poświęcając problemom związanym z trzodą chlewną.

 

Ponad dwadzieścia lat pracy w jednym regionie to spory bagaż doświadczeń, ale i chyba okazja do pewnych podsumowań?

 

Jest mi chyba dobrze w Kleczewie, bo nigdy nie myślałem o zmianie miejsca pracy a moje doświadczenie pozwala na obserwacje zmian w hodowli i rolnictwie regionu pogranicza wschodniej Wielkopolski i Kujaw z pewnym dystansem i (pewnie pochlebiam sobie) obiektywizmem. Te obserwacje jednoznacznie wskazują na ewidentne zmiany idące w kierunku ścisłej specjalizacji w produkcji zwierzęcej. W moim rejonie działania produkcja trzody chlewnej w sektorze indywidualnym zawsze była na niezłym poziomie, choć mocno rozdrobniona. W chwili obecnej, w sposób niejako automatyczny, dochodzi do koniecznych i uzasadnionych ekonomicznie zmian w kierunku powiększania gospodarstw, zwiększania produkcji, a co za tym idzie, przed hodowcą i lekarzem pojawiają się nowe wyzwania i konieczność ścisłej współpracy. Można by rzec, że lekarz i hodowca wspólnie dojrzewają do nowych sytuacji epizootycznych, żywieniowych i tych związanych z rozrodem. Specjalizacja w weterynarii jest więc koniecznością i na szczęście stała się faktem a wiek XXI jest wiekiem rozwoju wysoko wyspecjalizowanych usług, co podkreślał na jednym z ostatnich wykładów specjalizacyjnych nasz autorytet hyopatologiczny Profesor Zygmunt Pejsak.

 

Istnieje zatem oczywista potrzeba doskonalenia umiejętności i pogłębiania wiedzy zarówno hodowców jak i lekarzy weterynarii?

 

Oczywiście tak, ja sam miałem niewątpliwą przyjemność i zaszczyt być słuchaczem i absolwentem pierwszego kursu specjalizacyjnego chorób trzody chlewnej, który był uwieńczeniem wcześniejszego uczestnictwa w konferencjach i kursach organizowanych przez Pana Profesora Zygmunta Pejsaka. Obok rzetelnej wiedzy hyopatologicznej było to forum wymiany bezcennych dla mnie doświadczeń w gronie lekarzy praktyków, miejsce dyskusji, okazja dla zadzierzgnięcia przyjaźni i nawiązania wielu kontaktów.

 

Z tej wypowiedzi wynika, że ogromne znaczenie miało w Pańskiej pracy zawodowej podjęcie w Instytucie Weterynaryjnym w Puławach studiów podyplomowych z zakresu chorób trzody chlewnej?

 

Nie będzie chyba przesadą, gdy podzielę moje życie zawodowe na dwa etapy; przed i po specjalizacji z zakresu chorób świń, choć to określenie jest chyba za wąskie, powinno się raczej używać terminu „hyopatologia”, bo zakres wiedzy koniecznej dla współczesnego lekarza wykracza daleko poza wiedzę ściśle związaną li tylko z chorobami trzody. Bez widzenia kontekstu, tła żywieniowego warunków dobrostanu zwierząt i bardzo szeroko widzianego rozrodu trzody, lekarz próbujący leczyć stado porusza się po omacku.

 

Jaka jest struktura gospodarstw utrzymujących świnie, w których przyszło Panu pracować?

 

W mojej praktyce spotykam się głównie z gospodarstwami średniej i małej wielkości ze stadami 20-50 loch (współpracuję tylko z dwoma większymi), które w moim odczuciu w znacznej większości dobrze rokują co do przyszłości w branży trzodowej, ponieważ wciąż mają sporo tzw. rezerw produkcyjnych i dają lekarzowi dużą satysfakcję w pracy. Ich podstawowe zalety to duża elastyczność w podejmowaniu decyzji finansowych i technologicznych, podatność na innowacyjność, chęć stałego podnoszenia swojej wiedzy, wreszcie wielka determinacja i „serce” w pracy we własnym gospodarstwie jego właścicieli. Nie bez znaczenia jest też aspekt wpływu na środowisko, w tym wypadku prawie neutralny oraz coraz wyższy poziom dobrostanu w gospodarstwach tej wielkości.

 

Małe jest piękne, chciało by się rzec, ale przecież małe fermy to też problemy?

 

 

Oczywiście, życie lekarza weterynarii nie jest usłane tylko różami i niesie ze sobą szereg problemów, jednak,

W Bieszczadach też są świnie…

W Bieszczadach też są świnie…

 

 

Wywiad z lekarzem weterynarii Januszem Borysławskim – specjalistą chorób świń.

 

 

Panie doktorze, co u podnóża Bieszczadów może robić lekarz weterynarii, specjalista chorób świń?

 

Odpowiedź na to dość przewrotnie postawione pytanie wymaga krótkiego rozwinięcia. Otóż od Strzyżowa, w którym mieszkam i pracuję od 27 lat do „prawdziwych Bieszczadów” jest ponad 100 km, niemniej jednak trudno odmówić zasadności tak postawionemu pytaniu. W sierpniowo-wrześniowym wydaniu magazynu „Trzoda Chlewna” przedstawiona jest mapka obrazująca proces przesuwania się produkcji żywca wieprzowego z południowo-wschodniej części kraju ku północy. Proces ten obserwowany jest od 10 lat.

 

I co będzie za kolejne 10 lat? Może trzeba będzie poddać się procesowi migracyjnemu mieszkańców?

 

Myślę, że aż tak źle nie będzie. Już dzisiaj, w fakcie niewielkiego zagęszczenia ferm trzodowych na tym terenie dostrzegło korzyść wielu hodowców, biznesmenów, a także wielkich korporacji. Znaczne odległości między fermami stanowią naturalną bioasekurację zabezpieczającą przed zawleczeniem chorób zakaźnych, zwłaszcza przenoszonych drogą aerogenną. Także dla miejscowych producentów wieprzowiny rynek ten staje się w miarę atrakcyjny z uwagi na fakt, że wypadają z niego drobni producenci, ale również ci więksi, którzy w integracji z UE dostrzegli dla siebie zagrożenie, a nie szansę.

 

Czy ta naturalna bariera, jaką jest odległość pomiędzy fermami, przekłada się na status zdrowotny miejscowych ferm?

 

Wydaje się, że tak być powinno, ale niestety tak nie jest. Import materiału hodowlanego z różnych zakątków kraju, często z ferm o nieznanym statusie zdrowotnym, nie poparty badaniami laboratoryjnymi wykonanymi bezpośrednio po przywiezieniu, brak właściwie przeprowadzonej kwarantanny i aklimatyzacji spowodował, że mimo korzystnych warunków terytorialnych możemy się „pochwalić” chorobami diagnozowanymi w całym kraju.

 

Co motywowało Pana do podjęcia studiów podyplomowych z zakresu chorób świń?

 

Podjęcie studiów podyplomowych było konsekwencją wcześniejszych kroków. Wiele zawdzięczam koledze ze studiów, lek. wet. Witkowi Haliszczakowi właścicielowi firmy „SAN-VIT” w Gnieźnie. To dzięki Niemu 12 lat temu podjąłem współprace z firmą żywieniową i zająłem się przekładaniem wiedzy teoretycznej z zakresu żywienia na praktykę. A że tylko zdrowe zwierzęta są w stanie w sposób maksymalny wykorzystać swoje genetyczne cechy, musiałem rozszerzyć swoją ofertę o bardziej wyspecjalizowaną wiedzę weterynaryjną. Stąd decyzja o podjęciu Studiów Podyplomowych z Zakresu Chorób Świn w jego III edycji.

 

Które to studia skończył Pan z wyróżnieniem?

 

To prawda, jako jeden z czterech w gronie 54. Po prostu zrządzenie losu sprawiło, że wylosowałem łatwe pytania. Ale myślę, że na wyróżnienie zasłużyli wszyscy uczestnicy studiów, dla których pytania egzaminacyjne nie stanowiły problemu. Niewątpliwie jest to zasługa Kierownika Specjalizacji z zakresu Chorób Świń, prof. Zygmunta Pejsaka. Świetni wykładowcy, wspaniała, koleżeńska atmosfera sprawiła, że na wykładach frekwencja była niemal stuprocentowa, a zakończenie zostało przez nas przyjęte nie z ulgą, że to już wreszcie koniec, a z ubolewaniem, że to niestety koniec. A co najważniejsze ta życzliwa między kolegami atmosfera została przeniesiona na czas wdrażania zdobytej wiedzy w życie. Wielokrotnie zwracałem się o radę do bardziej doświadczonych kolegów i nie zdarzyło się, aby mi jej odmówiono.

 

Jak wygląda struktura gospodarstw na terenie, w którym Pan pracuje?

 

Jest ona bardzo różna. Dominują niewielkie gospodarstwa rodzinne. Ważnym i pozytywnym symptomem jest fakt, że coraz częściej są to gospodarstwa monogatunkowe. Gospodarstwa trzodowe, bo na nich koncentruje się moja uwaga szczególnie, liczą od 10 do 100 macior. Od lipca br. opiekuję się największym gospodarstwem na moim terenie liczącym 230 macior.

 

Czy w tych, niewielkich przecież, gospodarstwach istnieje możliwość sprawdzenia swojej wiedzy i umiejętności zdobytych w czasie specjalizacji?

 

O tak. Choroby świń tak samo dotyczą gospodarstw dużych, jak i małych, a postawienie właściwej diagnozy w sposób zasadniczy ułatwia wdrożenie właściwego postępowania. Wydawać by się mogło, że dobrodziejstwo badań laboratoryjnych, ze względu na cenę, jest zastrzeżone dla dużych gospodarstw. Otóż nie ma tu żadnej reguły. Są małe gospodarstwa, których właściciele zaufali mi dwa lata temu i dziś nie muszę ich przekonywać do celowości pobierania próbek do badań laboratoryjnych.

 

Wiem, że pracuje Pan jednoosobowo. Czy front Pana zawodowych zainteresowań ogranicza się do jednego tylko gatunku, jakim jest trzoda chlewna?

 

Ze względu na specyfikę hodowlaną terenu nie mogę sobie pozwolić na taki rarytas, choć przyznaję, że ten gatunek zabiera mi coraz więcej czasu. Natomiast stwierdzić muszę, że przypomnienie i rozszerzenie, w trakcie studiów podyplomowych, wiedzy z zakresu fizjologii, farmakologii, endokrynologii znakomicie przydaje się w pracy z innymi gatunkami zwierząt.

 

Czy Pana praca ogranicza się tylko do bezpośredniego wizytowania gospodarstw, czy ma ona szerszy zakres?

 

Żeby moje działania były w sposób właściwy odbierane przez hodowców, ci ostatni muszą też posiadać pewien zakres wiedzy. Dlatego staram się organizować spotkania, na które zapraszam przedstawicieli firm paszowych, farmaceutycznych czy produkujących wyposażenie dla ferm. Sam także staram się być na nich aktywny. W sposób właściwy układa się współpraca z Odziałem Rzeszowskim PZHiPTCh „Polus”. Wśród właścicieli ferm zarodowych wzrasta zainteresowanie uzyskaniem certyfikatu zdrowotnego, ponieważ coraz trudniej jest sprzedać materiał zarodowy o nieokreślonej zdrowotności, nie poddawany systematycznej kontroli zdrowotnej.

 

Od stycznia 2006 r. wchodzi w życie prawo zakazujące stosowania antybiotykowych stymulatorów wzrostu w paszach. Jak groźne mogą być tego konsekwencje dla zdrowotności zwierząt?

 

Z pewnością spore, im gorsze będą warunki zoohigieniczne. Jeśli nie będzie przestrzegana zasada cpp-cpp, jeśli nie będzie prowadzona dezynfekcja bieżąca, może to znaczy być albo nie być dla wielu gospodarstw. Osobiście doceniam fakt podjęcia przed 5 laty współpracy z firmą JOSERA mającą 12 letnie doświadczenie w żywieniu zwierząt bez antybiotykowych stymulatorów wzrostu.

 

Co stanowi największą przeszkodę w Pana pracy?

 

Gdybym miał odpowiedzieć krótko to odpowiedź brzmiałaby „kilometry”. Staram się uczestniczyć w spotkaniach, jakie współorganizuje Profesor Pejsak. Niestety „świńskie centrum” to wielkopolska i tam koncentruje się wszystko co tematu świń dotyczy. Niemniej 3-4 razy w roku staram się wykrzesać z siebie odrobinę sił, aby dowiedzieć się u źródła, co w świniach piszczy, a także wymienić poglądy z bardziej doświadczonymi Kolegami.

 

Mieszkając w tak malowniczym regionie kraju, dokąd trzeba się udać, aby wypocząć?

 

Wystarczy z wędką na ryby, nad Wisłok.

 

 

 

(pekol)

arbocel


bannery_lawsonia_Trzoda Chlewna