Czasem krok wstecz to krok do przodu
Czasem krok wstecz to krok do przodu
Wszyscy wiemy, że w pewnych wypadkach trzeba wycofać się na z góry upatrzone pozycje, aby zebrać siły i skonsolidować środki, by po chwili znów ruszyć naprzód. W armii nazywają to przegrupowaniem.
Zasada stara jak świat
Manewr wstecz jest zawsze korzystny, gdy jest przemyślany i czemuś służy, a nie jest objawem desperacji. Ta maksyma była obca mojej sąsiadce, która postanowiła ruszyć swoim nowiutkim samochodem do przodu, ale nie zauważyła, że dźwignia skrzyni biegów ustawiona jest w pozycji „reverse”, czyli w tył. Kobieta dała ostro po garach i gdy zwolniła sprzęgło, maszyna z impetem ruszyła w przeciwnym kierunku, niż się spodziewała, i tyłem z furią natarła na blaszany garaż stojący za samochodem. Gdy kobieta uprze się jechać, przepisy ruchu drogowego i zdrowy rozsądek są bezsilne (ale często dotyczy to również mężczyzn). Przytoczona operacja przyniosła zdecydowanie same straty, bo nie była przemyślana.
Backfill – ulubiona zabawa Amerykanów
Poprzedni artykuł kończyłem stwierdzeniem, że jako przyszły manager fermy musiałem umieć robić parking lot, czyli „parking” dla loch. Trudno jest go zaobserwować w Polsce, bo w naszym kraju lochy nie są utrzymywane tak długo w kojcach pojedynczych. Zanim „zaparkujemy” trochę loch, zacznę od cofania, o co w tym chodzi?
Back – oznacza wstecz, a fill – wypełnianie, zatem składając to w jedno otrzymamy „wsteczne wypełnianie”,i z grubsza polega ono na cofaniu loch na tylne pozycje, co korzystnie wpływa na porządkowanie fermy. Gdyby zaproponować Amerykanom, żeby zrezygnowali z zasady backfillu,to niechybnie złapaliby się za głowę w niedowierzaniu, że ferma mogłaby bez tego sprawnie działać. Zatem sprawa jest poważna, ale również pracochłonna i jeżeli kiedyś znajdziesz się na fermie loch w Stanach Zjednoczonych, zapomnij o tym, że backfill cię ominie. Trzeba będzie wziąć się do roboty i przy tym pomyśleć, co jest trudne w temperaturze powietrza +38-40℃ i dużej wilgotności wokół, a takie warunki panowały w Karolinie Północnej, w której mieszkałem i pracowałem przez dwa lata.
Cofanie loch w dziale rozrodu
Naszą zasadę wprowadzaliśmy w życie w dwóch obszarach działu rozrodu: w sektorze krycia loch odsadzonych z porodówek i loch luźnych z problemami: spóźnionych, nieprośnych oraz w dziale samic ciężarnych. W obu wypadkach chodziło o zapełnianie miejsc po zwierzętach, które wypadły ze swojego szeregu. Lochy w USA utrzymywane były w kojcach pojedynczych (od momentu odsadzenia, poprzez inseminację aż do porodu) w szeregu według dni krycia, stały jedna obok drugiej i w ten sposób tworzyły specyficzny flow – strumień świń nazywany inaczej „wężem”. Stosowaliśmy 1000-dniowy kalendarz, więc zwierzęta po odsadzeniu były ustawiane wg numerów – dni odsadzenia. Ponieważ objawy rui pojawiają się u loch odsadzonych 3-6 dni po przegonieniu ich do sektora krycia, więc po kilku dniach powyższy szereg okaże się lekko zdekompletowany na skutek tego, że wypadają z niego zwierzęta w rui i zostają przegonione do sektora rozrodu w celu inseminacji. Wtedy nasz łańcuszek ma wolne ogniwa – miejsca i trzeba je odzyskać (zapełnić z sensem), a pojawia się ich szczególnie dużo tam, gdzie dochodzi do dużej rotacji zwierząt. Żadna ferma nie jest z gumy i trzeba tymi miejscami zarządzać. Dlatego codziennie cofaliśmy lochy odsadzone ostatnio w kierunku tych starszych, żeby odzyskać puste miejsca obok siebie i żeby móc umieścić w nich kolejne odsadzone klientki (najnowszą grupę). Zawsze chodziło o to, żeby wszystkie ustawione były po kolei wg dni odsadzenia. W USA mieliśmy 4 odsadzenia w tygodniu, zatem powstawały aż 4 równe grupy loch luźnych (po laktacji) i nie mogły się mieszać. Jeśli w danej grupie pojawiło się 10 pustych kojców w szeregu, to trzeba było wypełnić je zwierzętami z tej samej grupy, a braliśmy je od końca szeregu. Gdy weźmiesz 10 loch i przegonisz w puste kojce wewnątrz grupy, to na samym końcu otrzymasz 10 pustych miejsc obok siebie. I tak robiliśmy, grupa po grupie, każdego dnia, aż na samym końcu były już tylko puste kojce pojedyncze, które przyjmowały kolejne lochy z porodówki. Porządek musiał być. Myślę, że zrozumieliście teraz zasadę wypełniania i taka operacja na polskich fermach też często się odbywa (choć z reguły nie ma tyle odsadzeń w tygodniu), bo dział wykrywania rui często znajduje się w stałym miejscu i też używa się w nim kojców pojedynczych. Robienie miejsca i przegrupowanie nie jest więc Wam obce.
Takie działanie zapewnia również lochom niezbędny ruch (przynajmniej części z nich), zmianę środowiska, trochę hałasu, co korzystnie wpływa na wystąpienie objawów rui (czynnik stresogenny i zaciekawienia). Pomaga też w wyszukiwaniu rui i spacerowaniu pomiędzy lochami z knurem na smyczy. Łatwo możemy sobie obliczyć, ile dni minęło po odsadzeniu dla danej grupy loch i skupić się szczególnie na tych przegonionych z porodówek 3-7 dni wcześniej. Jeżeli nie wchodzą one w ruję przez 7 dni po odsadzeniu, resztki tej grupy musimy usunąć z szeregu i przepędzić do działu loch spóźnionych, gdzie również ustawiamy je według tego samego schematu – od najstarszej do najmłodszej (ale nie chodzi w tym przypadku o ich wiek). I znów to samo: najmłodsze przesuwamy potem do najstarszych, a kolejne zwierzęta, które stają się najmłodszymi, trafiają zawsze na koniec łańcucha.
W Polsce lochy spóźnione lub nieprośne często przebywają już w kojcach zbiorowych, więc sytuacja jest trochę inna.
Pan Mądraliński w akcji
Pewnego dnia przyszło mi zarządzać operacją przemieszczania loch na rozrodzie. Do dyspozycji miałem dwóch moich ulubionych Afroamerykanów: Jerry’ego i Derika, ktoś przecież musi otwierać odpowiednie klatki, poganiać lochy, a ja je łapałem, czyli otwierałem drzwiczki pojedynek i czekałem aż delikwentka łaskawie wejdzie do środka. Po godzinie przestawiania okazało się, że lochy ustawiłem odwrotnie. Gdy oni chcieli przegonić je z prawej na lewo, ja zrobiłem w przeciwną stronę – z lewej na prawą.
– Peter, umiesz to w ogóle robić? Znasz się na tym? – pytali potem moi współpracownicy, gdy spojrzeli na efekt naszej pracy. I mieli skonfundowane miny.
– Ależ oczywiście moi bracia! – zapewniłem ich szybko i jąłem tłumaczyć w czym rzecz.
W praktyce w jednej grupie odsadzonych zwierząt mieliśmy od 40 do 60 loch. Wyobraźmy sobie, że najstarsza grupa liczyła 50 loch i 32 wypadły na skutek wystąpienia rui. Tyle pustych kojców i tyle przesuwania (z prawej – to był punkt końcowy – na lewo)! Lepiej zatem najstarsze przegonić w kierunku najmłodszych (one nie wchodzą jeszcze w ruję i szereg w zasadzie jest pełny) i strefa pustych kojców utworzy się po lewej stronie (na początku, a nie na końcu). Lepiej więc tam wprowadzić kolejne zwierzęta. Wtedy okaże się, że z prawej strony będą wypadać kolejne świnie, a te z lewej będą je wypierać. Nastąpi cykliczna rotacja i będzie znacznie mniej przesuwania. Podczas gdy Amerykanie chcieli, żeby te najstarsze zawsze były w jednym, stałym miejscu (tak samo świeże odsadzenie), ja zaproponowałem im przemieszczające się grupy.
– Peter, ale jesteś mądry – skonstatowali moi towarzysze pracy i wniosek płynie z tego taki, że najpierw usiądź i pomyśl, co chcesz zrobić i w jaki sposób? Każdy z Was musi wypracować własne metody, ważne, żeby był porządek. Nie jestem fanatykiem, żeby upierać się tylko przy określonym rozwiązaniu.
Parking lot ratuje sytuację
„Parking lot” oznacza „parking” i w ten sposób przechowywaliśmy 10% celu krycia loch. Jeśli tygodniowo mieliśmy kryć 100 loch, to 90% z nich ustawialiśmy po kolei, w rzędzie – do inseminacji – a 10 szt. trafiało do specjalnego rzędu, zwanego parking lotem (tam również były inseminowane). Gdy nadszedł 4 tydzień po ich domniemanym zapłodnieniu, zwierzęta w podstawowej grupie i na „parkingu” były badane testerem na okoliczność ciąży. Nieprośne wypadały z szeregu, a w puste kojce w podstawowym szeregu wpędzaliśmy prośne sztuki z „parkingu”, ale tak, aby dni krycia były po kolei. Na parking lot przeganialiśmy lochy zawsze w niedzielę (ostatni dzień krycia w danej grupie technologicznej), więc jeśli świnie wypadały po trochu w każdym dniu tygodnia, trzeba było „zagęszczać” – przestawiać w tył skrajne lochy z kolejnego dnia krycia, aby zapełnić puste kojce pojedyncze. I tak do końca, aż puste miejsca zostały na końcu. W to miejsce przychodziły lochy z parking lotu. Były z ostatniego dnia tygodnia, więc trafiały na koniec. W ten sposób wpychaliśmy je do głównego rzędu, żeby były razem ze swoją grupą i nie było problemów przy przegonce na porodówkę. Czasem współczynnik zapłodnienia był tak dobry, że wypadało mało loch i właściwie nie było dość miejsca dla wszystkich tych z parking lotu. Wtedy kilka z nich zostawało na nim aż do porodu, dlatego dobrą praktyką było sprawdzanie parking lotu na okoliczność zasiedlania porodówki, żeby nie było oproszeń poza kojcem porodowym.
Na tym specjalnym „parkingu” znajdowały się przedstawicielki wszystkich grup z tzw. niskiej ciąży, czyli przed badaniem na prośność. Je również trzeba było zagęszczać, aby wstawiać kolejne przedstawicielki nowych grup (jedne wyszły, a kolejne przychodzą). No niestety tego wszystkiego nie uczyli mnie na studiach i musiałem wgryzać się w ten logistyczny problem na nowo. W Polsce, gdzie ciężarne lochy utrzymuje się w kojcach grupowych, takie postępowanie jest trudne, gdyż nie można dokładać do nich kolejnych loch, aby zapełnić puste miejsca po tych, które wypadły, bo będą gryźć się i walczyć, co grozi utratą zarodków. Trzeba wtedy na nowo zestawiać grupy i przeganiać niepełne kojce z „niskiej ciąży” na tzw. wysoką ciążę i w taki sposób odzyskiwać miejsca w systemie. Na szczęście wiele ferm przechodzi na system kojców pojedynczych w sektorze niskiej ciąży, co sprzyja produktywności fermy i jest zgodne z dobrostanem zwierząt w tej fazie produkcji. A zwierząt z sektora wysokiej ciąży lepiej nie ruszać w ogóle, żeby nie doszło do poronień i strat produkcyjnych.
Porodówki nie pozostają dłużne
– F…ck, gdzie moja locha? Gdzie mój zegarek? – darła się Sheryll, brygadzistka działu porodówek.
Jeszcze 3 godziny temu monitorowała poród u loch (wkładała rękę do macicy, aby pomóc rodzącym się prosiętom) i nie zauważyła, że miała zegarek. Oczywiście nie używała rękawic ochronnych, bo po co? I zegarek utkwił w szyjce macicy. Kobieta zdenerwowała się i pognała po oksytocynę do biura, aby wstrzyknąć ją w lochę i przyspieszyć wydalanie łożyska, no i żeby locha urodziła jej wspaniały amerykański zegarek. W międzyczasie jej koleżanka, Myra, przegoniła lochę wraz ze świeżym przychówkiem do komory porodówki, w której przebywały lochy ze starszymi prosiętami i Sheryll nie mogła połapać się, które to było zwierzę i gdzie się teraz znajduje? Backfill na porodówkach polega na tym, że gdy zwierzęta w danej komorze porodówki w większości się oproszą, wygania się z niej, z kojców, lochy jeszcze nieoproszone i przenosi się je do kolejnej komory, w której lada chwila będą oproszenia. W zamian z tej samej komory („młodszej”) cofa się lochy już po oproszeniu wraz z prosiętami. Dzięki temu można zarządzać wiekiem prosiąt w komorze porodowej i sprawić, że wiek odsadzenia – wean age, będzie podobny (różnica między najmłodszym i najstarszym miotem wyniesie do 2-3 dni). Korzystnie wpływa to na późniejszą grupę prosiąt, która jest prawie jednorodna, co z kolei rzutuje na ich odchów i późniejszy tucz. Poza tym wszystkie rodzące lochy mamy w jednym miejscu, dzięki czemu łatwiej jest ogarnąć temat. Warunkiem jest odpowiednia zdrowotność stada, bo czasem mieszanie między komorami sprzyja szerzeniu się infekcji i biegunek zabójczych dla osesków.
Przy backfillu na porodówkach zdarzały się też zabawne sytuacje. Sheryll często przeganiała swoje podopieczne o świcie i była przy tym tak zamulona, że często myliła kojce i przewoziła prosięta w wózku do innych loch, które nie były ich matkami. Klęła przy tym jak szewc i dobrze, że słabo znałem wtedy angielski, bo uszy zwiędłyby mi natychmiast.
Pewnego dnia Sheryll wydała gardłowy okrzyk, który poruszył naszą załogę i wstrząsnął całą fermą. Okazało się, że przewiozła w wózku 13 prosiąt i zaspana wyłożyła je do kojca w odpowiedniej komorze porodówki i… okazało się, że zamiast lochy leżał w nim Alfonso! Spał i chrapał sobie w nim w najlepsze, a leżał na macie grzewczej, żeby mu było ciepło (była akurat zima). Po przebudzeniu go, co nie było trudne, bo prosięta zaczęły bezpardonowo ssać jego ciało i uderzać go ryjkami, aby zechciał zaoferować im trochę mleka, wyznał, że sam schował się po południu na fermie, pozwolił, aby go na niej zamknięto i potem wybrał sobie przytulny pusty kojec, żeby zasnąć snem niewiniątka. Alfonso pił zbyt dużo i stracił prawo jazdy. Stwierdził, że lepiej będzie spać na fermie, niż przyznać się, że nie ma prawka. Dobrze, że wybrał sobie kojec porodowy, a nie inseminacyjny, bo przebudzenie o świcie mogłoby okazać się dla niego dość trudne!
Moi Drodzy, powyższe tematy pojawiały się już w moich tekstach, ale wiadomo, że dobre rzeczy trzeba sobie przypominać, poza tym nie każdy czytał je wszystkie w ciągu kilku ostatnich lat.
Piotr Włódarczak






