skiold

„Dobra” Ziemia Podlaska

„Dobra” Ziemia Podlaska

 

Wywiad z doktorem Janem Szeretuchą – specjalistą chorób świń i rozrodu zwierząt

 

 

Panie doktorze, w tym roku obchodzi Pan okrągłą rocznicę ukończenia studiów – proszę powiedzieć w kilku zdaniach o początkach swojej przygody z leczeniem zwierząt.

 

– Po ukończeniu studiów na Akademii Rolniczej w Lublinie w 1984 r. i uzyskaniu dyplomu lekarza weterynarii rozpocząłem pracę w przychodni dla zwierząt w Czyżewie, w województwie podlaskim. Od 1990 roku prowadzę prywatną praktykę weterynaryjną, w której zatrudniam trzy osoby, dwóch techników weterynarii oraz jedną osobę zajmującą się sprawami administracyjnymi. W organizacji pracy praktyki pomaga mi mój wspólnik – żona Renata, również lekarz weterynarii.

 

Kończąc studia na Wydziale Medycyny Weterynaryjnej nie powiedział Pan jednak „nauce dość”… Jaki wpływ na Pańską karierę zawodową miało ukończenie dwóch podyplomowych studiów specjalizacyjnych?

 

– Rzeczywiście jestem absolwentem dwóch studiów podyplomowych, a co za tym idzie specjalistą z zakresu chorób trzody chlewnej oraz rozrodu zwierząt. Muszę powiedzieć, że zajęcia specjalizacyjne ugruntowały i w istotnym zakresie poszerzyły moją dotychczasową wiedzę. To dało mi możliwość kontynuowania własnej praktyki weterynaryjnej w nowoczesny i przede wszystkim profesjonalny sposób. Wydaje mi się, że szczególny wpływ na moje podejście do zawodu wywarła specjalizacja z zakresu Chorób Trzody Chlewnej, pod kierownictwem prof. Zygmunta Pejsaka. Zmieniła ona zasadniczo nie tylko mój punkt widzenia ale pomogła mi także w zrozumieniu roli współczesnego lekarza weterynarii. Chodzi mi głównie o to, że w chwili obecnej lekarz weterynarii powinien być dla hodowcy przede wszystkim doradcą i konsultantem w zakresie szeroko rozumianej profilaktyki, tj. zoohigieny pomieszczeń, warunków utrzymania, dobrostanu zwierząt, bioasekuracji fermy, systemów żywienia i ekonomiki produkcji, by dopiero na końcu zająć pozycję „lekarza leczącego”.

 

Jak na co dzień wygląda praca lekarza weterynarii, który jest „podwójnym” specjalistą?

 

– Moja praktyka weterynaryjna składa się z dwóch części. Pracę z trzodą chlewną rezerwuję tylko dla siebie, natomiast w pracy z bydłem uzupełniają mnie dwaj współpracownicy, którzy są technikami weterynarii. Wizyty u hodowców trzody chlewnej planuję w zależności od wielkości fermy i statusu zdrowotnego zwierząt. W niektórych przypadkach są to wizyty cotygodniowe, w innych natomiast odbywają się jeden, dwa razy w miesiącu lub rzadziej. Obiekty prowadzące tucz warchlaków odwiedzam w zależności od potrzeb. Moja praca polega głównie na monitorowaniu stanu zdrowotnego świń, analizie wyników produkcyjnych oraz tworzeniu i wprowadzaniu w życie programów profilaktycznych. Wiele uwagi poświęcam także aspektom żywieniowym i zoohigienicznym, oczywiście we współpracy z kadrą zootechniczną.

 

Jak wygląda struktura gospodarstw trzody chlewnej na terenie, który Pan obsługuje?

 

– Z moich usług korzystają hodowcy i producenci trzody chlewnej z województw podlaskiego i mazowieckiego. Są to fermy o zamkniętym cyklu produkcji, liczące od 30 do 500 macior stada podstawowego, w których prowadzony jest również odchów i tucz warchlaków. Mimo iż największy potencjał produkcji świń w Polsce znajduje się w rejonie Wielkopolski, Kujaw i Pomorza, hodowcy z którymi współpracuję nie mają się czego wstydzić. I nie są to wcale słowa przesadzone, gdyż wielokrotnie – razem z innymi kolegami, specjalistami chorób świń, porównywałem wyniki naszych ferm z wynikami osiąganymi na fermach w Niemczech, Francji, Hiszpanii czy Danii. Owszem, musimy się jeszcze ciągle doskonalić, ale nasze najlepsze gospodarstwa swoimi wynikami wcale nie odbiegają od ferm z wyżej wymienionych krajów. Wyraźnie zarysowuje się u nas poprawa w zakresie współpracy pomiędzy hodowcami produkującymi prosięta a tymi, którzy je dalej tuczą, co moim zdaniem znacząco podnosi opłacalność tej produkcji. Także na Podlasiu i Mazowszu mamy fermy dobrze wyposażone, o doskonałej organizacji, niezłym poziomie produkcji i co najważniejsze o wysokim statusie zdrowotnym. Hodowcy z ferm, które obsługuję mogą pochwalić się tym, że ich stada wolne są od wielu powszechnie spotykanych w Polsce chorób, takich jak PRRS, pleuropneumonia, ZZZN, leptospiroza, świerzb, zakażenia pałeczkami Salmonella choleraesuis, Salmonella typhimurium, czy też Mycoplasma hyopneumoniae. W ostatnim czasie zauważyłem, że hodowcy, których fermy wolne są od wymienionych wyżej chorób, a szczególnie od mykoplazmozy i PRRS, coraz więcej uwagi przywiązują do dbałości o właściwą bioasekurację fermy. Wielu z nich zdaje sobie już sprawę z tego, jak ważne jest właściwe zabezpieczenie chlewni i ile można zyskać, kiedy zwierzęta nie kaszlą i w chlewni nie występują problemy z rozrodem.

 

Z jakimi problemami najczęściej borykają się hodowcy trzody chlewnej na ziemi podlaskiej?

 

– Wydaje się, że najwięcej problemów zdrowotnych w fermach, które obsługuję wynika z niewłaściwych warunków zootechnicznych chlewni, tj. niskiej temperatury pomieszczeń, wysokiej wilgotności, nadmiernego stężenia gazów oraz braku przestrzegania zasady całe pomieszczenie pełne – całe pomieszczenie puste. Schorzenia, z którymi najczęściej trzeba walczyć to przede wszystkim krwotoczne enteropatie, zakażenia Streptococus suis, Mycoplasma hyopneumoniae, Actinobacillus pleuropneumoniae oraz eperytrozoonoza. Odrębnym problemem, często niedocenianym lub niezauważanym przez hodowców, są zaburzenia w rozrodzie, który jest przecież fundamentem opłacalności produkcji w każdej fermie. Elementem ograniczającym możliwości dobrej współpracy lekarza z hodowcą jest także w wielu przypadkach brak dobrze prowadzonej dokumentacji.

 

W jaki sposób kontroluje Pan zatem status zdrowotny zwierząt w obsługiwanych chlewniach?

 

– W monitorowaniu stanu zdrowotnego zwierząt wykorzystuję wszelkie dostępne metody diagnostyczne, od badania klinicznego poczynając, poprzez badania serologiczne, hematologiczne, bakteriologiczne, badanie USG, testy PCR, badania sekcyjne, na badaniach poubojowych kończąc. Większość próbek do badań laboratoryjnych wysyłam do Zakładu Chorób Świń Państwowego Instytutu Weterynaryjnego w Puławach. Muszę podkreślić, że wysoko sobie cenię współpracę z Zakładem Chorób Świń, ponieważ oprócz wiedzy, którą czerpię od pracowników tegoż Zakładu, otrzymuję stamtąd wiarygodne wyniki badań laboratoryjnych, które niejednokrotnie pomogły mi w postawieniu prawidłowej diagnozy i podjęciu trafnej terapii.

 

Czy Pańscy hodowcy akceptują konieczność wykonywania badań laboratoryjnych?

 

– Muszę powiedzieć, że wykonywanie częstych i jednocześnie wcale nie tanich badań laboratoryjnych, spotyka się z coraz większym zrozumieniem u moich hodowców. W rozmowach z nimi zauważam, jak wiele zależy nie tylko od wiedzy lekarza weterynarii ale także od wiedzy samego hodowcy. Aby interpretacja wyników badań laboratoryjnych była właściwa hodowca musi być także świadomy i co ważniejsze głęboko przekonany o zasadności podejmowanych działań, tj. z jakiego materiału i jaką ilość próbek należy pobrać oraz w jaki sposób przesłać je do laboratorium. Wiedza taka jest niezbędna, zarówno do uzyskania wiarygodnych wyników, jak i zminimalizowania kosztów badań. Życie pokazuje, że dobrą współpracę z hodowcą łatwiej jest nawiązać wtedy, kiedy rozumie on konieczność laboratoryjnego diagnozowania wielu chorób i jest w stanie zaakceptować przygotowane propozycje. Niestety zdarza się jeszcze tak, że niektórzy, mniej doświadczeni hodowcy oczekują rozwiązania problemu po otrzymaniu wyników badania jednego warchlaka lub tucznika.

 

Jak postrzega Pan rolę specjalisty chorób świń we współczesnej medycynie weterynaryjnej?

 

– Jest oczywistym, że rola lekarza weterynarii – specjalisty chorób trzody chlewnej polega przede wszystkim na spełnianiu oczekiwań hodowcy i to nie tylko w zakresie ochrony zdrowia świń, ale także opłacalnej produkcji. Satysfakcja z wykonywanego zawodu jest pełna wówczas, gdy widzimy też zadowolenie po stronie hodowcy. Możliwe jest to jednak dopiero wtedy, gdy wydawane przez lekarza zalecenia właścicielowi fermy spotykają się ze zrozumieniem. Wydaje mi się, że zaufanie, zrozumienie oraz umiejętność słuchania drugiej strony to podstawy dobrej współpracy. Uważam, że rolą specjalisty w zakresie chorób trzody chlewnej jest ciągłe doskonalenie swojej wiedzy i umiejętności. Mając możliwość uczestnictwa w licznych szkoleniach i konferencjach, w tym naukowych, m.in. w USA, jak również wspólnie z przyjaciółmi lekarzami weterynarii – specjalistami chorób trzody chlewnej w Hiszpanii, Danii, Francji czy w Niemczech ciągle się uczę nowych rzeczy, co przekłada się bezpośrednio na efekty u „moich” hodowców.

 

Czy w tym całym „zaganianiu” znajduje Pan czas na coś poza pracą?

 

– Od zawsze interesuję się sportem, wcześniej na pewno aktywniej. Pasjonowały mnie zwłaszcza tenis i automobilizm. Znajdowałem też chwilkę na partyjkę szachów z niezłym graczem. Teraz nadszedł czas jedynie na szachy, ale za to z moją córką. Ostatnio odkryłem w sobie poszukiwacza meandrów Kuchni Świata i muszę się pochwalić, że nieźle mi to wychodzi. Wprowadza to troszeczkę inności w codziennym życiu.

 

Dziękując za rozmowę życzę wielu sukcesów w pracy i nowych odkryć w kuchennej pasji.

 

 

pekol

Ze Śląska na Pomorze

Ze Śląska na Pomorze

 

Wywiad z lekarzem weterynarii Stanisławem Karbowiakiem – Specjalistą Chorób Świń

 

Jest Pan jednym z kilkudziesięciu specjalistów chorób świń w Polsce. Czy w codziennej praktyce weterynaryjnej zajmuje się Pan wyłącznie trzodą chlewną?

 

 

Tak, od 12 lat zajmuję się wyłącznie trzodą chlewną, jednak pierwsze 18 lat pracy zawodowej poświęciłem głównie bydłu mlecznemu.

 

Po ukończeniu studiów w 1975 roku na Wydziale Weterynaryjnym Akademii Rolniczej we Wrocławiu i odbyciu obowiązkowego wtedy stażu w Lecznicy Powiatowej w Szczecinku, rozpocząłem pracę w Lecznicy w Barwikach. W tamtych czasach na Pomorzu Środkowym, obok gospodarstw indywidualnych, większą część stanowiły Państwowe Gospodarstwa Rolne. Życie samo zmusiło mnie do tego, aby poświęcić się głównie pracy w hodowli wielkostadnej, choć przyznam – nie było to moim marzeniem. Zresztą na Pomorze z Górnego Śląska też przyjechałem tylko na półroczny staż, który przeciągnął się do 30 lat.

 

Z jakimi gatunkami zwierząt styka się Pan doktor w swojej pracy najczęściej?

 

Przez 18 lat większość czasu poświęciłem pracy na fermie krów mlecznych i jałówek. Skala problemów, z jaką się spotkałem i jednoczesny ogrom mojej niewiedzy zmusiły mnie do ustawicznego dokształcania się, w związku z czym starałem się brać udział we wszystkich możliwych szkoleniach, organizowanych w tym czasie zarówno przez Państwowy Instytut Weterynaryjny w Puławach, jak i inne ośrodki w kraju. Gdy zacząłem czuć się coraz pewniej w problematyce chorób bydła – przyszedł czas przekształceń. PGR-y zlikwidowano a wraz z nimi bydło. Po 2 latach prowadzenia prywatnej praktyki weterynaryjnej zaproponowano mi objęcie nadzoru nad fermami PPZ Przybkowo – początkowo w charakterze konsultanta. Od 1996 jestem tam etatowym pracownikiem – kierownikiem Punktu Weterynaryjnego.

 

Jak wygląda struktura gospodarstwa, w którym Pan pracuje?

 

W skład PPZP wchodzą dwie fermy prowadzące produkcję w cyklu zamkniętym: Ferma Gniewno – 1700 loch i Ferma Przybkowo – 2300 loch oraz dwie tuczarnie. Ferma Gniewno jest stadem namnażającym świnie PIC ze stanem zdrowia gwarantowanym przez PIC, natomiast Ferma Przybkowo jest stadem z genetyką PIC, ale stanem zdrowia typowym dla stad krajowych. Jest to jednak stado wolne od PRRS, w związku z czym należę do nielicznych szczęśliwców pracujących ze stadami wolnymi od tej choroby. Jest to z pewnością duże ułatwienie, jednak właściciele automatycznie stawiają wysoką poprzeczkę, w aspekcie poziomu uzyskiwanych parametrów produkcyjnych a to już nie jest takie proste. Większość uwagi i czasu poświęcam na zabezpieczenie, kontrolowanie i utrzymanie wysokiego statusu zdrowotnego oraz produkcyjnego stad.

 

W jaki sposób kontroluje Pan status zdrowotny zwierząt w obsługiwanych chlewniach?

 

Wszystkie działania na fermach staram się popierać wnikliwymi badaniami laboratoryjnymi. Monitoring serologiczny stad jest przeprowadzany jeden raz w miesiącu na reprezentatywnej grupie zwierząt. Codzienne przeglądy całego stada wraz z badaniem sekcyjnym padłych zwierząt pozwalają na odpowiednio wczesne wprowadzenie immuno- i chemioprofilaktyki. Bieżące badania laboratoryjne oraz wykonywanie stałych badań poubojowych w rzeźni umożliwiają znaczne zminimalizowanie strat powodowanych przez nierozpoznane czynniki chorobowe.

 

Jak postrzega Pan rolę specjalisty chorób świń we współczesnej medycynie weterynaryjnej?

 

Specjalista, to według mnie lekarz, który poprzez przemyślane i ciągłe monitorowanie stanu zdrowia stada uprzedza ukierunkowaną profilaktyką ewentualny wybuch choroby i utrzymuje parametry produkcyjne na wysokim i stałym poziomie. Ściśle współpracuje z hodowcą, zootechnikiem i żywieniowcem. W pełni zgadzam się z wypowiedzią, która padła w jednym z wcześniejszych wywiadów, że leczenie jest naszą porażką. Nie zawsze jest to łatwe w czasach, gdy pogoń za maksymalnym zyskiem w hodowli często usiłuje sprowadzić zwierzę do roli „maszyny” zapominając, że jest to żywy organizm, nie zawsze poddający się warunkom stworzonym i narzuconym mu przez człowieka.

 

Czy wiedzę zdobytą w ramach kształcenia podyplomowego można wykorzystać w takiej praktyce weterynaryjnej jaką Pan prowadzi?

 

Tak jak wspomniałem wcześniej, mówiąc o pracy z bydłem, nie wyobrażam sobie abym mógł podołać problemom współczesnej hodowli bez ścisłej specjalizacji i ustawicznego dokształcania się.

 

Czy łatwo jest osiągnąć sukces w pracy lekarza weterynarii – specjalisty chorób świń?

 

Zależy co rozumiemy jako sukces, dla jednych jest to być najlepszym – dla innych utrzymać się na „rynku”. Jednak bez względu na miarę tego słowa, uważam, że nie jest to łatwe. Nie osiągnie się zbyt wiele bez ustawicznego dokształcania się, zmiany stereotypowego tylko „lekarskiego” spojrzenia i myślenia oraz pracy tylko w tzw. „czasie wymiarowym”.

 

Co dostarcza Panu najwięcej satysfakcji zawodowej?

 

Możliwość ciągłego dokształcania się i wymiana doświadczeń z grupą Kolegów specjalistów chorób świń.

 

Proszę powiedzieć, co uważa Pan Doktor za swój największy sukces zawodowy?

 

Trudne pytanie. Łatwiej przychodzą mi na myśl porażki. Myślę, że za swój sukces mogę uznać to, że mimo wielu zmian, jakie przeżyłem w ciągu prawie 30 lat pracy zawsze potrafiłem się przekwalifikować i być w tym, co robiłem w miarę solidny. Mam jednak nadzieję, że prawdziwy sukces w hyopatologii jest jeszcze przede mną.

 

Czy znajduje Pan czas na odpoczynek, oderwanie się od obowiązków, hobby?

 

Ze znalezieniem czasu na prawdziwy odpoczynek jest coraz trudniej. Staram się przynajmniej co 2 lata wygospodarować dwa tygodnie ciągłego urlopu i spędzać go z rodziną oglądając świnki tylko na talerzu. Jeśli zaś chodzi o hobby – jestem zapalonym myśliwym, ale uspokajając przeciwników tej „rozrywki” należę do tzw. myśliwych ekologicznych – więcej obserwuję niż strzelam.

 

 

pekol

Na pograniczu Kujaw i Pomorza – w zagłębiu produkcji świń

Na pograniczu Kujaw i Pomorza – w zagłębiu produkcji świń

 

Wywiad z lekarzem weterynarii Jarosławem Wojciechowskim – specjalistą chorób trzody chlewnej.

 

Panie Doktorze, co spowodowało, że swoją pracę skoncentrował Pan na opiece nad stadami trzody chlewnej?

 

Po ukończeniu studiów weterynaryjnych w 1990 r. w ART w Olsztynie nie miałem jeszcze sprecyzowanych planów odnośnie przyszłości zawodowej. Pracę rozpoczynałem w trudnym i przełomowym okresie zmian gospodarczych oraz społecznych. Jako młody adept zawodu nie sądziłem, że za kilka lat na dobre połączę swe życie zawodowe z pracą na fermach trzody chlewnej. Pierwsze kroki w zawodzie stawiałem w sposób typowy dla każdego młodego lekarza weterynarii w tamtym okresie. Były to kolejno staże zawodowe w ZHW, zakładach mięsnych oraz lecznicy dla zwierząt w Mełnie koło Grudziądza.

 

Na wybór mojej drogi zawodowej niemały wpływ miał także fakt, że mój dziadek był również lekarzem weterynarii. Studia ukończył jeszcze przed wojną, we Lwowie w 1933 r., a jako lekarz weterynarii praktykował zajmując się głównie dużymi zwierzętami.

 

 

 

Dlaczego zdecydował się Pan na podjęcie specjalizacji z zakresu chorób świń?

 

 

 

Po kilku latach pracy zorientowałem się, że wymogiem najbliższych lat będzie potrzeba specjalizacji w węższej niż „cała weterynaria” dziedzinie, ponieważ wiedza zdobyta na studiach szybko staje się niewystarczająca. W 1994 r. poznałem Pana Profesora Zygmunta Pejsaka, który zaraził mnie pasją dotyczącą trzody chlewnej oraz szeroko rozumianego prowadzenia stad świń. Konsekwencją tego spotkana był mój udział w wielu konferencjach i szkoleniach organizowanych w Puławach, poświęconych zapobieganiu i leczeniu chorób występujących świń. Wraz z ogłoszeniem naboru na pierwszy kurs specjalizacyjny z zakresu chorób świń rozpocząłem nowy etap w swoim życiu zawodowym, znaczony stałym podnoszeniem kwalifikacji i myślę, że już stałą przynależnością do grona hyopatologów.

 

 

 

Z jakimi najważniejszymi problemami styka się w tej chwili lekarz weterynarii – konsultant ferm trzody chlewnej?

 

 

 

Myślę, że obserwowana w ostatnich kilku latach intensyfikacja obrotu zwierzętami stała się przyczyną „postępu” w szerzeniu się nowych, do niedawna nieznanych jeszcze jednostek chorobowych. Wiele z nich, jak np. PRRS stają się często dramatem dla hodowcy, powodując duże straty w odchowie świń. Wydaję mi się, że punkt ciężkości przenosi się powoli w kierunku zapobiegania ich zawleczeniu do stada i stworzeniu odpowiedniego systemu bioasekuracji, który pozwoli przez jak najdłuższy czas zachować wysoki status zdrowotny stada. Nowoczesny polski hodowca rozumie już dzisiaj, że jego sukces jest pochodną wielu elementów, które układa we współpracy z lekarzem weterynarii. Wzajemna współpraca poparta musi być zawsze zrozumieniem konieczności wykonywania częstych badań diagnostycznych oraz stałych badań monitoringowych w wyspecjalizowanych laboratoriach weterynaryjnych. Serologia, bakteriologia i badania pasz stają się nieodłącznym elementem codziennej pracy terenowej.

 

 

 

Czy w pańskim przekonaniu lekarz weterynarii powinien się angażować w podnoszenie wiedzy zawodowej swoich klientów?

 

Jestem przekonany, że tak, ponieważ w ostatnim czasie zmienił się charakter pracy lekarza weterynarii. Nie jest on już osobą ratującą tylko chore zwierzęta. Ostatnie lata spowodowały, że praca lekarza weterynarii skupia się w przeważającej mierze na zapewnieniu ochrony zdrowia świń w prowadzonych stadach.

 

Rok temu podjąłem współpracę z francuską firmą PENARLAN, rozprowadzającą materiał hodowlany. Do moich obowiązków należy sprawowanie opieki nad zwierzętami oraz koordynacja przeprowadzania monitoringu zdrowotnego stad w Polsce.

 

Chciałbym podkreślić, że moje pierwsze wizyty w fermach PENARLAN wywarły na mnie bardzo pozytywne wrażenie. W tym miejscu pragnę podziękować moim kolegom, pracującym w fermach PENARLAN, za ich zaangażowanie i zrozumienie, z jakim traktują swoje obowiązki.

 

Cały monitoring w stadach PENARLAN oraz innych stadach, którymi się opiekuję, odbywa się w ścisłej współpracy z laboratorium Zakładu Chorób Świń Państwowego Instytutu Weterynaryjnego – Państwowego Instytutu Badawczego w Puławach, gdzie wykonujemy badania serologiczne i bakteriologiczne. W związku z tym, że puławskie laboratorium jest zakładem referencyjnym jego wyniki są podstawą do rozprowadzania zwierząt PENARLAN w kraju i zagranicą. Niejednokrotnie, w sprawach pilnych korzystam także z laboratoriów w Gnieźnie oraz Olsztynie.

 

W codziennej pracy często stykam się z hodowcami, którzy bądź założyli nowe stada bądź dokonują zakupu dodatkowych zwierząt do już posiadanych. W rozmowach zawsze kieruję się maksymą, że zawód lekarza weterynarii jest służbą dla ludzi i zwierząt. Staram się przekazywać maksimum zdobytej wiedzy, w związku z czym niejednokrotnie zdarzają się bardzo sympatyczne sytuacje, kiedy osoba dawno poznana dzwoni i w rozmowie telefonicznej dziękuje za porady, które odniosły skutek.

 

 

A jak ma się do wykonywanej przez Pana pracy zawodowej życie prywatne? Co z hobby?

 

Szczerze mówiąc coraz trudniej w ciągu całego roku pracy znaleźć czas wolny. Raz w roku, w okresie lata, wyjeżdżam na dwutygodniowy urlop z rodziną, w pozostałych tygodniach i miesiącach muszą wystarczyć wolne weekendy, które często spędzam z rodziną na Mazurach. Codzienną chwilą odprężenia jest także dla mnie spacer z moim czworonożnym przyjacielem, bokserem o imieniu Art.

 

Życzę zatem Panu Doktorowi nie tylko wielu dalszych sukcesów w pracy zawodowej, ale przede wszystkim więcej czasu na odpoczynek z rodziną i dłuższe chwile wytchnienia od codziennych obowiązków. Dziękuję za rozmowę.

 

 

pekol

Fachowiec ze Śląska

Fachowiec ze Śląska

 

Wywiad z lek. wet. Waldemarem Szczurkiem – Specjalistą Chorób Świń z Prywatnej Praktyki Weterynaryjnej w Łubiu, w powiecie tarnogórskim.

 

Od kilkunastu lat pracuje Pan jako lekarz weterynarii, zajmując się wyłącznie rozwiązywaniem problemów dotyczących produkcji trzody chlewnej. Jest Pan zwolennikiem jednoosobowej działalności, z nikim Pan nie współpracuje, nikogo nie zatrudnia. Dlaczego? 

 

 

 

Rzeczywiście pracuję zawsze sam. Wynika to z przebiegu mojej kariery zawodowej. Kiedy w 1993 roku wyjechałem do pracy na fermie w Danii, nie myślałem o przyszłości. Trzeba było zarabiać na życie. To niestety nie miało wzniosłych cech. Nie było dla mnie pracy w żadnej ze śląskich lecznic. Przez dwa lata ciężko pracowałem prowadząc stado 600 loch. Żywiłem je, leczyłem, kryłem, pomagałem przy porodach. Formowałem grupy produkcyjne, robiłem testy ciążowe, prowadziłem szczepienia. Właściciel fermy miał do mnie pełne zaufanie, razem podejmowaliśmy kluczowe decyzje. W 1995 roku wróciłem do Polski. Zostałem kierownikiem produkcji fermy trzody chlewnej w duńskiej spółce Danish Farming Consultants w Rzeczycach Śląskich. Uśmiechnęło się do mnie szczęście. Robiłem to samo co w Danii, jednak o 1300 km bliżej domu i nie musiałem pracować fizycznie. Pojawiające się problemy produkcyjne pomagali mi rozwiązywać duńscy fachowcy. To najlepsza szkoła jaką można sobie wyobrazić. Kontrakt miał jednak jedną wadę. Zakładał moje bezwzględne posłuszeństwo firmie, bez możliwości odwiedzania innych ferm. W 1998 roku zerwałem ten kontrakt po podpisaniu nowej, lepszej umowy z polską firmą produkującą trzodę w oparciu o stado 600 loch. Tym razem wszystkie decyzje mogłem podejmować samodzielnie i miałem prawo do wyjazdów i konsultacji. Do dzisiejszego dnia prowadzę to stado oraz dwadzieścia innych mniejszych lub większych, łącznie około 4000 loch w cyklu zamkniętym.

 

 

 

W jaki sposób organizuje Pan swoją pracę, godząc obowiązki szefa produkcji dużej fermy i prowadzenie konsultacji na tak dużej liczbie ferm?

 

 

 

Nie chciałbym zdradzać tutaj szczegółów systemu, według którego układam harmonogram wizyt, mogę jednak powiedzieć, że kolejność zależna jest od statusu zdrowotnego poszczególnych obiektów. Wizytowane są te najzdrowsze najpierw, najtrudniejsze pod koniec tygodnia. Ważne jest też, że dzielę się wiedzą ze swoimi klientami, więc po jakimś czasie współpracy spotkania mogą stawać się rzadsze, ale zawsze utrzymujemy kontakt telefoniczny. Myślę, że mam już możliwości obsługi około 40 stałych klientów. Do drobnych komplikacji mogłoby dojść, gdyby kilku nowych hodowców poprosiło mnie o rozpoczęcie współpracy jednocześnie. Na początku częstotliwość wizyt jest bardzo duża, mogłoby to spowodować czasowy zator.

 

 

 

W jaki sposób dochodzi do nawiązania współpracy z nowymi klientami?

 

 

 

Regułą jest, że to hodowcy dzwonią do mnie z prośbą o rozwiązanie takiego czy innego problemu. Nie wszyscy są jednak gotowi do podjęcia wyzwania. Często konieczna okazuje się reorganizacja całości produkcji. Zmiany są potrzebne, począwszy od sposobu prowadzenia krycia i formowania grup, poprzez gruntowną zmianę strategii żywieniowych, które muszą być dopasowane do potrzeb fizjologicznych poszczególnych grup oraz statusu zdrowotnego stada, aż po sposoby odchowu prosiąt. Ci hodowcy, którzy wiedzą, że zmiany są konieczne i są gotowi na ich przyjęcie, szybko poprawiają wyniki, obniżając koszty produkcji i generują zyski niezależnie od sytuacji rynkowej.

 

 

 

Czy wysokie parametry produkcyjne mogą, Pańskim zdaniem, być osiągane na wszystkich fermach niezależnie od zdrowotności stada oraz warunków utrzymania zwierząt?

 

 

 

Z dotychczasowego swojego doświadczenia mogę powiedzieć, że tak. Różnica polega jedynie na szybkości dojścia do założonej produkcji oraz koszcie jej utrzymania na wysokim poziomie. Fermy o niskim statusie zdrowotnym muszą pokrywać na bieżąco koszty kontroli chorób, zgodnie z założonym programem profilaktycznym. W budynkach starego typu więcej kosztuje także utrzymanie warunków wystarczających dla zapewnienia komfortu, przede wszystkim prosiętom, ale także pozostałym grupom świń. Niektórzy hodowcy zdecydowali się na przeprowadzenie gruntownych remontów, włącznie z budową systemów grzewczych. Czasem jest to spory wydatek, zawsze jednak szybko widać korzyści.

 

 

 

Ciekawe jest to co Pan mówi. Co jest więc najważniejsze w drodze do osiągnięcia sukcesu w produkcji świń?

 

 

 

W różnych gospodarstwach pierwsze posunięcia są bardzo różne, a zależą od problemów, które trzeba rozwiązać w pierwszej kolejności. Największe dotyczą organizacji produkcji, żywienia i kontroli chorób. W całej tej łamigłówce występuje zawsze tylko jedna niewiadoma. Jest nią sam hodowca albo występujący w jego imieniu pracownicy. Od ich zaangażowania wiele zależy. Jeśli hodowcę mamy po swojej stronie, wszystkie pozostałe składniki układanki należy sprowadzić do wspólnego mianownika. Amerykanie mówią „nutrition is the key” co znaczy, że kluczem do sukcesu jest żywienie. Od żywienia wszystko się zaczyna i na żywieniu się kończy. Prawie wszystkie problemy zdrowotne mają przebieg ostry na fermach źle żywionych. Mówimy o chorobach, szczepionkach, profilaktyce itd. zapominając o sednie sprawy. Z mojego doświadczenia wynika, że doskonale żywione fermy o niskiej zdrowotności mogą produkować taniej niż źle żywione fermy SPF. To chyba jest odpowiedź na twoje pytanie.

 

 

 

W 2002 roku ukończył Pan z wyróżnieniem specjalizację w zakresie leczenia i profilaktyki chorób trzody chlewnej. Co dała Panu specjalizacja w dziedzinie, w której specjalizuje się Pan od dawna?

 

 

 

Specjalizacja prowadzona przez wybitnego fachowca Pana prof. Zygmunta Pejsaka jest niesamowitym przeżyciem i wspaniałą przygodą. Utwierdziłem się dzięki niej w swoich przekonaniach. Jestem pewien, że droga, którą wybrałem jest słuszna i dobra. Spotkania z kolegami borykającymi się na co dzień z tymi samymi problemami, bardzo podnoszą na duchu i wzmagają wiarę w celowość moich działań.

 

 

 

Pan i grupa lekarzy hyopatologów powołaliście niedawno grupę, której zadaniem jest dalsza specjalizacja. Co chcecie Państwo dzięki temu osiągnąć?

 

 

 

Tak powołaliśmy grupę lekarzy specjalistów do wspólnego samokształcenia się. Na spotkania zapraszamy ludzi będących wybitnymi fachowcami w różnych interesujących nas dziedzinach. Nauka ciągle idzie naprzód, nie chcemy zostać z tyłu.

 

 

 

PRRS jest w obecnych czasach chyba największym problemem z jakim zmagają się polscy producenci trzody. Jak Pan radzi sobie z tym problemem?

 

 

 

Nie uważam PRRS-u za największy problem produkcyjny obecnych czasów. Wśród grupy moich klientów tylko dwa gospodarstwa są wolne od infekcji wirusem PRRS i też nie są one wolne od kłopotów, choć nie są to kłopoty zdrowotne. Syndrom rozrodczo-oddechowy bardzo zawęża nam pole manewru i margines bezpieczeństwa w sytuacjach trudnych. Perfekcyjnie prowadzone gospodarstwa nie mają ze strony nie tylko PRRS-u ale i innych chorób żadnych utrudnień.

 

 

 

W świetle tego co do tej pory Pan powiedział, ciekawy jestem jakie wyniki produkcyjne osiągają najlepsze prowadzone przez Pana hodowle?

 

 

 

Zgodnie z umową, jaką zawieram z każdym ze swoich klientów nie mogę przytaczać żadnych bliższych danych, ale śmiało mogę powiedzieć, że wielu przekroczyło już próg 20 sztuk sprzedanych od lochy w roku. Najlepsza ferma (600 loch, cykl zamknięty) osiągnęła w zeszłym roku 25 sztuk sprzedanych, a w tuczu wykorzystanie paszy na kg przyrostu od 18 do 100 kg rzadko przekracza 2,8 kg, często zaś spada poniżej 2,7. Wszystko wskazuje na to, że wszyscy moi klienci, tak jak w poprzednim roku, w obecnym znów poprawią swoją produkcję.

 

Dziękuję za wywiad i życzę wszystkiego najlepszego w codziennej pracy.

 

 

Pekol

Trzoda chlewna – moja pasja zawodowa

Trzoda chlewna – moja pasja zawodowa

 

Wywiad z doktorem Wojciechem Kempą, specjalistą chorób trzody chlewnej

 

Od wielu lat sprawuje Pan doktor opiekę nad stadami świń w Polsce. Proszę powiedzieć w kilku słowach, w jaki sposób rozpoczęła się Pana „przygoda z trzodą chlewną”?

 

 

 

– Urodziłem się w Toruniu. Po zdaniu matury przeniosłem się do Olsztyna, co związane było z podjęciem przeze mnie studiów na Wydziale Weterynaryjnym ówczesnej Akademii Rolniczo-Technicznej. Studia ukończyłem w 1978 roku. Pierwszą pracę podjąłem w byłym województwie olsztyńskim, w Terenowym Oddziale Weterynaryjnym w Szczytnie. Początkowo pracowałem w Lecznicy w Pasymiu, a następnie kilka lat w Dźwierzutach. W 1982 roku przeniesiono mnie służbowo do pracy w Wielbarku, gdzie znajdowała się Ferma Przemysłowego Tuczu Trzody Chlewnej, należąca do Kombinatu Rolnego Mazury. Tam rozpocząłem sprawowanie opieki weterynaryjnej i tak rozpoczęła się moja przygoda z leczeniem świń w wielkotowarowych fermach trzody chlewnej.

 

 

 

Czy należy rozumieć zatem, że leczenie i opieka weterynaryjna nad trzodą chlewną to podyktowany losem przypadek?

 

 

 

– Wprost przeciwnie! Jakkolwiek, od tamtego czasu zajmuję się wyłącznie świadczeniem usług weterynaryjnych w fermach świń, w moim życiu znajduje się krótki epizod, kiedy to próbowałem zajmować się lecznictwem małych zwierząt. Nie przypadło mi to jednak do gustu. Praca w miejskiej lecznicy, w określonym wymiarze godzin nie odpowiadała mi zupełnie.

 

Zawsze lubiłem wieś i obcowanie z naturą. Wyjazdy poza miasto były dla mnie czymś wspaniałym i fascynującym. Z rolnikami znajdowałem wspólny język i zawsze dobrze mi się z nimi współpracowało podczas rozwiązywania problemów związanych z chowem świń.

 

Praca w Wielbarku i leczenie trzody chlewnej od początku stało się moja pasją. Opieka weterynaryjna nad dużym stadem, w fermie produkującej w cyklu zamkniętym, dawała możliwość globalnego wpływania na zdrowie zwierząt oraz efektywność produkcji. Kierowniczką fermy w tamtych latach była Pani mgr inż. Leokadia Matraszek. Ten doskonały fachowiec i świetny zootechnik uczył mnie dokumentacji fermowej oraz analiz wskaźników produkcyjnych gospodarstwa.

 

Pracując w gospodarstwie poznałem prof. Zygmunta Pejsaka. Gdy młodzi lekarze nie mogli poradzić sobie z problematyką fermy, wtedy zawsze można było liczyć na pomoc i doświadczenie profesora. Profesor przyjeżdżał osobiście do gospodarstwa i udzielał konsultacji. Wspólnie realizowaliśmy badania nad wdrażaniem różnych sposobów szczepień ochronnych przeciwko chorobie nosoryjowej – ZZZN. Dzięki profesorowi ferma, w której pracowałem ograniczyła zachorowania zwierząt związane z tą jednostką chorobową.

 

Młodszym Czytelnikom chciałbym przypomnieć, że na początku lat osiemdziesiątych nie mieliśmy dostępu do tak doskonałych jak współcześnie szczepionek konwencjonalnych. W fermach wielkotowarowych do obowiązkowych szczepień ochronnych należała wyłącznie profilaktyka swoista różycy – wykonywanej za pomocą szczepionki Vaccina VR², oraz pomoru świń – przy użyciu Lapestu.

 

Kolejną, niezwykle interesującą, poznaną przeze mnie wówczas osobą był prof. Molenda, który pracował w ZHW we Wrocławiu i zajmował się diagnostyką kolibakteriozy, typowaniem serotypów E. coli, oraz immunoprofilaktyką tej jednostki chorobowej. We współpracy z profesorem wdrożyłem w fermie, z doskonałym efektem, szczepienia ochronne przeciwko kolibakteriozie. Profesor dostarczał do gospodarstwa wyprodukowaną w swym zakładzie autoszczepionkę! Ten sposób zwalczania choroby był w tamtych latach bardzo nowatorski.

 

 

 

Proszę powiedzieć co uważa Pan Doktor za swój największy sukces zawodowy?

 

– W połowie lat dziewięćdziesiątych, po kilku latach przerwy w pracy na fermie w Wielbarku, ponownie rozpocząłem sprawowanie opieki weterynaryjnej nad zdrowiem świń będących w posiadaniu nowego właściciela. Po okresie przekształceń były to Sokołowskie Zakłady Mięsne.

 

Początek lat dziewięćdziesiątych to okres kiedy w kraju naszym największe spustoszenie siał PRRS – zespół rozrodczo-oddechowy świń. Naszego gospodarstwa również problem ten nie ominął. Chorobę sprowadzono wraz z zakupionymi loszkami remontowymi. W pełni wrażliwe zwierzęta chorowały bardzo ciężko. Największe spustoszenie PRRS siał w sektorze rozrodu. Pojawiły się masowe ronienia loch w ciąży, problemy ze skutecznym pokryciem i wysoki procent padnięć prosiąt na porodówce. Badania laboratoryjne przeprowadzone w Państwowym Instytucie Weterynaryjnym w Puławach potwierdziły rozpoznanie.

 

Gdy tamte wydarzenia przypominam swoim przyjaciołom nie wierzą, że przy tak niewielkiej wtedy wiedzy, jaką posiadaliśmy o chorobie, udało się nam wszystkim pracującym w fermie odnieść sukces.

 

Strzępki informacji o siewstwie choroby poprzez nasienie knurów skłoniły nas do wybicia całej stawki knurów stadnych, utworzenia stacji pobierania nasienia i przejścia na 100% inseminację. Kolejnym krokiem było wstrzymanie jakichkolwiek zakupów loszek, a oparcie remontu stada wyłącznie na stadzie satelitarnym, dzięki posiadanym lochom PBZ. Kierowniczka Fermy zajmowała się doborem knurów do kojarzeń oraz wyborem loszek do dalszego chowu – czyli selekcją. W gospodarstwie ściśle przestrzegano zasad związanych z technologią. Tworzono, w miarę możliwości, grupy technologiczne, które izolowane były od innych grup wiekowych. Obowiązywała zasada całe pomieszczenie pełne – całe puste, a każdy dział produkcyjny po opróżnieniu go ze zwierząt poddawany był gruntownemu myciu, oczyszczeniu mechanicznemu i dokładnej dezynfekcji. Ograniczono liczbę osób wizytujących, zakazano wstępu do pomieszczeń inwentarskich osobom postronnym, rozgraniczono strefy białą i czarną. Fermę ogrodzono dodatkowym płotem, wydzielając drogę dla paszowozów, samochodów do odbioru żywca oraz gnojowicy i sztuk padłych.

 

Ferma całkowicie zamknęła się na kilka lat. Dwa razy, w odstępie około 12 miesięcy obserwowałem nawrót choroby, ale każdy z nich był słabszy. Ciągle monitorowałem stan zdrowia zwierząt badaniami serologicznymi prowadzonymi w PIWet w Puławach. Uzyskiwane wyniki wskazywały na stabilizację choroby. Po ok. 5 latach otrzymywane wyniki były ujemne. Wielokrotnie sprawdzałem status zdrowia zwierząt badając różne grupy wiekowe, czyli prosięta, warchlaki i tuczniki. To co mogło wydawać się niemożliwym, stało się faktem. Zwierzęta uległy samowyleczeniu. Myślę, że do dnia dzisiejszego świnie w Wielbarku wolne są od tej choroby.

 

 

 

Opieka nad stadem świń wymaga od lekarza weterynarii fachowej wiedzy z wielu dziedzin. Dziś nie wystarczy wiedzieć jak leczyć zwierzęta, specjalista chorób trzody chlewnej powinien swobodnie poruszać się również w dziedzinie żywienia, rozrodu, organizacji produkcji, bioasekuracji… Czy jest coś co interesuje Pana doktora szczególnie?

 

 

 

– Według mnie, najważniejszą sprawą w każdym gospodarstwie lub fermie jest problematyka dotycząca rozrodu świń. Mam świadomość, że właśnie w tym dziale produkcyjnym najwięcej popełnianych jest błędów – a przecież jest to dział „napędzający” całe gospodarstwo. Źle funkcjonujący rozród to w efekcie ponadnormatywna w fermie liczba loch stada podstawowego, mała liczba urodzonych prosiąt i sprzedanych tuczników. To także złe wyniki ekonomiczne, niedobory funduszy na leki, paszę, bieżące remonty budynków i wyposażenia, oraz brak dobrego remontu stada. Wydaje mi się, że dobrze radzę sobie z problematyką z tego zakresu, a jest to zasługa kontaktów z prof. B. Kemp’em z Holandii oraz prof. A. Zięcikiem z instytutu PAN w Olsztynie.

 

 

 

Sprawuje Pan opiekę weterynaryjną wyłącznie w stadach trzody chlewnej. Czy praca w wąskiej stosunkowo dziedzinie spełnia Pana oczekiwania związane z wykonywaniem zawodu lekarza weterynarii? Czy daje zadowolenie?

 

 

 

– Współczesny lekarz weterynarii nie może być profesjonalistą w każdej dziedzinie. Tylko wąska specjalizacja gwarantuje możliwość bycia dobrym i kompetentnym lekarzem. Moją pasją zawodową jest ciągłe pogłębianie wiedzy związanej z problematyką świń. Kiedy dowiedziałem się o możliwości rozpoczęcia dalszej edukacji w interesującej mnie dziedzinie, zapisałem się na pierwsze studium specjalizacyjne w zakresie chorób trzody chlewnej, organizowane w Puławach przez prof. Zygmunta Pejsaka. Po uzyskaniu tytułu specjalisty, wraz z kolegami – lekarzami specjalistami chorób świń, w dalszym ciągu kontynuujemy naszą edukację poprzez wspólnie organizowane wyjazdy szkoleniowe do różnych krajów Europy oraz konferencje naukowe z udziałem najlepszych wykładowców z zagranicy.

 

 

 

Możliwość spełnienia planów i marzeń zawodowych to gwarancja satysfakcji dla lekarza weterynarii, nie oznacza to chyba, że problemy Pana omijają?! Każdy z nas przeżywa przecież chwile frustracji czy zniecierpliwienia związane z wykonywaną na co dzień pracą, czy jest coś co pozwala Panu oderwać się od pracy? Czy znajduje Pan czas na hobby?

 

 

 

– Moje hobby to wędkarstwo. Staram się każdego roku wyjechać na ryby do Skandynawii. Przynajmniej na jeden tydzień. Oprócz wrażeń wędkarskich Skandynawia dostarcza niezapomnianych przeżyć estetycznych. Czyste powietrze, bezmiar lasów i uprzejmość gospodarzy gwarantuje doskonały relaks, odpoczynek i chociaż chwilowe oderwanie się od problemów życia codziennego.

 

 

 

Pozostaje mi zatem życzyć Panu doktorowi nie tylko dalszych sukcesów zawodowych, ale także więcej możliwości i przede wszystkim dużo więcej czasu na wyjazdy do „pozwalającej odetchnąć” Skandynawii…

 

 

Dziękuję serdecznie za rozmowę.

350x470_baner_dsm-firmenich


Młyn paszowy
Trzoda Chlewna - Ogólnopolskie czasopismo dla producentów trzody, zootechników i lekarzy weterynarii
Przegląd prywatności

Ta strona korzysta z ciasteczek, aby zapewnić Ci najlepszą możliwą obsługę. Informacje o ciasteczkach są przechowywane w przeglądarce i wykonują funkcje takie jak rozpoznawanie Cię po powrocie na naszą stronę internetową i pomaganie naszemu zespołowi w zrozumieniu, które sekcje witryny są dla Ciebie najbardziej interesujące i przydatne.