004 AG-PROJEKT 2025-04a

Refundacja części kosztów ubezpieczenia zwierząt – podsumowanie naboru

458 rolników, którzy hodują określone gatunki zwierząt i ubezpieczyli je od ryzyka wystąpienia co najmniej jednej z kilkudziesięciu chorób zakaźnych, stara się o refundację części opłaconej składki. O to wsparcie hodowcy mogli ubiegać się w naborze przeprowadzonym od 9 lutego do 10 marca 2026 r. Wnioski były przyjmowane za pośrednictwem PUE ARiMR. Kto nie zdążył, będzie miał jeszcze jedną szansę w tym roku. Kolejny nabór wniosków o taką pomoc jest bowiem planowany od 14 września do 13 października.

Pomoc skierowana jest do hodowców bydła, świń, owiec, kóz, koni lub drobiu. Powinni oni dysponować nieruchomością, na terenie której utrzymywane są te zwierzęta i mieć je ubezpieczone, nie wcześniej niż od 1 stycznia 2024 r., na wypadek co najmniej jednej z kilkudziesięciu chorób zakaźnych – więcej informacji.

Wsparcie ma formę refundacji 70 proc. opłaconej składki, jeżeli z umowy ubezpieczenia wynika, że wypłata odszkodowania nastąpi w przypadku wystąpienia ponad 20 proc. strat. Istotna jest również minimalna liczba ubezpieczonych zwierząt: 1000 sztuk rzeźnych kurcząt, gęsi, kaczek, perlic, indyków lub drobiu nieśnego; 14 sztuk świń lub 4 sztuki bydła, owiec, kóz lub koni.

Hodowcy mogli ubiegać się o tę pomoc, finansowaną z PS WPR na lata 2023-2027, po raz trzeci. W ramach dwóch poprzednich naborów do beneficjentów trafiło blisko 11,5 mln zł.

Zdjęcie: AdobeStock

Więcej

KPO: wydłużenie terminu na rozliczenie inwestycji w silosy

Zachęcamy wszystkich rolników, którzy podpisali z ARiMR umowy o objęcie przedsięwzięć wsparciem zakupu i montażu silosów wraz z wyposażeniem, do realizacji założonych inwestycji. Dzięki wprowadzonym przez MRiRW zmianom legislacyjnym termin na zakończenie przedsięwzięć i złożenie wniosku o płatność został wydłużony do 30 kwietnia 2026 r. 

W sytuacji, w której rolnik, pomimo zakończenia realizacji przedsięwzięcia do 30 kwietnia 2026 r. i wystąpienia do właściwych organów o wydanie stosownych pozwoleń, oświadczeń czy decyzji (np. decyzji o pozwoleniu na użytkowanie), wspomnianych dokumentów nie otrzyma, wciąż będzie mógł liczyć na otrzymanie pełnej kwoty dofinansowania. Ważne jest, aby wraz z wnioskiem o płatność złożyć dokumenty potwierdzające wykonanie tej inwestycji. Mogą to być faktury, dowody zapłaty lub inne dokumenty opatrzone datą nie późniejszą niż 30 kwietnia 2026 r. Będą one stanowiły potwierdzenie dokonania w okresie do 30 kwietnia 2026 r. zakupów, montażu, rozruchu maszyn i urządzeń, zakończenia robót budowalnych, złożenie wniosków do organów itp. 

Zachęcamy rolników, aby zrealizowali i rozliczyli swoje inwestycje w terminie. W przypadku pytań czy wątpliwości eksperci z ARiMR są do Państwa dyspozycji. 

Wnioski o płatność końcową należy składać wyłącznie w formie elektronicznej poprzez skorzystanie z formularza udostępnionego przez Agencję na Platformie Usług Elektronicznych pod adresem: https://epue.arimr.gov.pl/.

Do 8 marca 2026 roku 6 044 rolników zakończyło swoje inwestycje i złożyło wnioski o płatność na łączną kwotę blisko 219 mln zł. Do tego czasu ARiMR przekazała na konta beneficjentów 204,44 mln zł.
Przypominamy, że poziom refundacji i wysokość wsparcia, które może otrzymać beneficjent wynosi:  
1) do 60% kosztów kwalifikowalnych i nie więcej niż 60 tys. zł – w przypadku młodego rolnika, 
2) do 50% kosztów kwalifikowalnych i nie więcej niż 50 tys. zł – w przypadku pozostałych wnioskodawców. 
W naborze, który został przeprowadzony w 2023 roku (od 5 czerwca do 5 lipca 2023 r.) do ARiMR wpłynęło blisko 13 tys. wniosków o pomoc z czego 9,31 tys. rolników ma podpisane i aktywne umowy na realizację tego typu przedsięwzięć. 

Zdjęcie: AdobeStock

Więcej

Trzoda Chlewna 3/2026

EKONOMIA
12Wielkie umowy, a interes rolników daleko w tleM. Kozera-Kowalska
HODOWLA
15XVIII Szkoła zimowa w UstroniuR. Kaźmierczak
17Wyniki oceny knurków i loszek w programach hodowlanych POLSUSM. Marciniak, M. Tyra
ORGANIZACJA PRODUKCJI
18Struktura stada loch jako fundament efektywnej produkcjiS. Michalski
21Czasem krok wstecz to krok do przoduP. Włódarczak
25Zarządzanie stadem poprzez cele i wyniki (cz. 5) Kształtowanie efektywności produkcyjnej           M. Soszka
ŻYWIENIE
28Probiotyki w żywieniu świńK. Lipiński
34Wpływ witalności prosiąt, kolejności urodzenia i stężenia mleczanu we krwi na wskaźniki wzrostu prosiąt i przeżywalność przed odsadzeniemP. Nowak
WOKÓŁ ŚWINI
38Nietypowe pożytki ze świńC. Klocek i wsp.
TECHNIKA
44Bezpieczny transport trzody chlewnejP. Marek
WETERYNARIA
47Trzy dekady Specjalizacji Choroby świń Z. Pejsak
51ADENOMATOZA – choroba, której nie zauważamy… aż wystawi nam rachunekW. Bukała
 
5NOTOWANIA
7Z KRAJU
10KONTAKT Z CZYTELNIKIEM
11WIEPRZOWINA NIE ZAWSZE TRADYCYJNIE
40ZE ŚWIATA

List

 30 konferencji („Pejsakówek”), ważny wkład w doskonalenie wiedzy lekarzy weterynarii – specjalistów chorób świń

W czerwcu bieżącego roku (9-10.06) odbyła się w Krakowie jubileuszowa 30. konferencja lekarzy weterynarii – specjalistów chorób świń. Hasło przewodnie …

Biogaz na fermie trzody chlewnej – szansa, którą warto dobrze policzyć

Gnojowica od lat jest dla hodowców trzody chlewnej głównie problemem: trzeba ją magazynować, przewozić, …

Znaczenie stresu oksydacyjnego u loch wysokoprodukcyjnych (cz. 1)Przyczyny, okresy krytyczne i konsekwencje produkcyjne

W ostatnich dekadach potencjał produkcyjny loch uległ bardzo dużej zmianie. Współczesna locha jest zwierzęciem o znacznie większej plenności, …
Więcej

Nietypowe pożytki ze świń


Czesław Klocek, Marta Basiaga, Jacek Nowicki
Uniwersytet Rolniczy w Krakowie

Nietypowe pożytki ze świń

Terminem „pożytki” określa się korzyści (materialne i niematerialne) czerpane z różnych działań, także z chowu zwierząt. Podobno ze świń można wykorzystać wszystko z wyjątkiem kwiku, chociaż i to nie jest pewne (o czym dalej). Pożytki naturalne to płody powstałe w naturalnym procesie gospodarowania, a więc również produkty materialne i niematerialne, pozyskiwane od zwierząt.

O tym, że ze świń można przeznaczyć na pokarm prawie wszystko, wiemy nie od dziś. I nie ma co przypominać kiełbas, schabów, szynek, boczków i innych frykasów. Smaki dzieciństwa kojarzone ze wspaniałościami tradycyjnej kuchni polskiej, w której wieprzowina odgrywa znaczącą rolę, zna prawie każdy. Okazuje się, że to nie wszystko. Wieprzowinę można przyrządzić na wiele sposobów, a niektóre potrawy wydają się zaskakujące.

Tkanki głowy (która nie jest wliczana do tuszy) stanowią surowiec wykorzystywany na wywary, galarety, duszone policzki czy wkładki do zup (np. kapuśniak, grochówka). Głowizna to mięso, tłuszcz, skóra, chrząstki i tkanki łączne pozyskiwane z głowy zwierząt rzeźnych (po usunięciu mózgu, oczu, uszu i języka) bogate w kolagen i chrząstki, co czyni ją idealną do tradycyjnych potraw takich jak salcesony, galarety, buliony, zupy i wędliny. Produkt ceniony jest za unikalny smak i konsystencję, uzyskiwaną przez długie gotowanie, które sprawia, że mięso staje się delikatne. Kolagen nadaje potrawom wyjątkową, kleistą konsystencję korzystnie wpływającą na funkcjonowanie przewodu pokarmowego.

Innym sposobem wykorzystania tych części tuszy wieprzowej może być na przykład potrawa o nazwie świńskie uszy z kapustą” – i nie ma co się obruszać. Nasi dziadkowie podobno chętnie zjadali się taką potrawą, a dziś na samą myśl większość mogłaby grymasić. Obecnie świńskie uszy kojarzą się głównie z przekąską dla psów. A dziś wracają do łask potrawy przygotowane wg starych przepisów z wykorzystaniem tych niezwykle aromatycznych części mięsa. W wielu regionach Polski uszy wieprzowe gotuje się lub dusi, by wydobyć ich kolagenową miękkość i głęboki smak, doskonale komponujący się z kapustą, ziemniakami czy nawet grochem. W kuchni polskiej takie potrawy mają swoje miejsce od wieków. Dawniej nic się nie marnowało, wykorzystywano wszystko, co nadawało się do gotowania i spożycia, „od ryjka po ogonek”. Dziś takie receptury znów wracają do łask, a nawet zyskują popularność jako przedsmak dawnych kulinarnych tradycji.

Jednym z przepisów, który idealnie oddaje ten powrót do korzeni, jest pomysł Joanny Krzewińskiej z bloga „Królestwo garów”. Autorka proponuje prostą potrawę świńskie uszy z kapustą i ziemniakami, przygotowaną z dodatkiem gęsiego tłuszczu i doprawioną klasycznymi przyprawami. Jest to danie, które rozgrzewa, syci i pachnie jak w kuchni babci. Jest to przykład dania, które pokazuje, jak niewiele potrzeba, by z prostych składników stworzyć coś wyjątkowego. W czasach, gdy coraz częściej szukamy autentycznych smaków i powrotu do natury, przepis blogerki brzmi jak kulinarna lekcja szacunku dla tradycji.

            Czasem niektóre potrawy wydają się dziwne i zaskakujące, inne mogą stanowić ekstremalne doświadczenie dla podniebienia i dla nosa. Potocznie uważa się, że te dziwne, egzotyczne potrawy pochodzą z krajów dalekiej Azji. Okazuje się, że nie tylko. Podstawową cechą wspólną tych dawnych potraw jest często potrzeba wykorzystania każdej części z ubitego zwierzęcia. Jedną z takich potraw jest cukas galva, do niedawna główne danie tradycyjnej łotewskiej Wigilii. Brzmi egzotycznie, a jest to gotowana głowa prosięcia, faszerowana jęczmieniem, czasem także grochem i fasolą, uprzednio zamarynowana, a w Wigilię upieczona.

            A wieprzowina jako mięso kaloryczne, bogate w składniki dające siłę i energię była też chętnie i często jadana w starożytnym Cesarstwie Rzymskim. Nie powinno zatem nikogo dziwić, że starożytni Rzymianie wieprzowinę jadali powszechnie. Nie będzie nawet przesadą stwierdzenie, że Imperium Romanum na wieprzowinie stało. Wieprzowina była mięsem dostępnym dla osób z wszystkich warstw społecznych. Jadali ją zarówno plebejusze, ekwici, jak i patrycjusze. Przedstawiciele klasy niższej i średniej jadali wieprzowinę w postaci gulaszu czy też w gotowanych kawałkach, natomiast bogatsi lubowali się w tym mięsie dodatkowo podsmażanym i odpowiednio przyprawianym. W schyłkowym okresie Cesarstwa Rzymskiego na ucztach bogatych patrycjuszy delektowano się potrawami ze świń dość nietypowymi, można rzec fanaberyjnymi. Petroniusz w dziele „Satyricon” (I w. n.e.) informuje o luksusowym daniu rzymskim, tzw. świni trojańskiej – była to świnia wypełniona kiełbaskami. Przystępując do uczty cielsko zwierzęcia rozcinano, z jego brzucha wypadały kiełbaski, imitujące jelita. Inną kontrowersyjną dla dzisiejszych konsumentów potrawą byłoby zapewne wymię lochy przyprawione migdałami, miodem i winem. Wymiona świńskie były potrawą spożywaną w starożytnym Rzymie, serwowaną na luksusowych ucztach jako przysmak i danie pokazowe. W opisie uczty cesarza Heliogabala jest to jedna z wyszukanych potraw wyrafinowanej kuchni starożytnej.

            Ostatnio w literaturze naukowej i popularnej przewijają się informacje o znaczących postępach w eksperymentach nad wykorzystaniem świńskich narządów do usprawnienia funkcjonowania lub uratowania życia ludzi. Okazuje się, że w minionych czasach zdarzały się również pomysłowe sposoby doraźnego, niekulinarnego wykorzystania organizmów świń. Oto 1 lipca 1506 roku przyszedł na świat Ludwik, syn króla Kazimierza Jagiellończyka. Urodził się jako tzw. wcześniak. Utrzymanie takiego noworodka przy życiu w owych czasach dla medyków było ogromnym wyzwaniem. Aby zapewnić dziecku szansę na przeżycie, przysposobiono prowizoryczny „inkubator” wykonany ze świńskich wnętrzności. Dziś może się to wydawać szokujące, ale rozwiązanie to okazało się skuteczne, umożliwiające noworodkowi przeżycie w pierwszych, najtrudniejszych tygodniach życia. Po różnych późniejszych perypetiach Ludwik został królem Węgier. W wieku niespełna 20 lat musiał podjąć walkę z napierającymi na Bałkany Turkami Sulejmana. W sierpniu 1526 roku armia węgierska usiłująca powstrzymać nacierających Turków starła się z nimi w bitwie pod Mohaczem. Oddziały węgierskie zostały niemal doszczętnie rozbite przez znacznie liczniejsze i lepiej zorganizowane siły tureckie. Sam Ludwik, młody i niedoświadczony, walczył dzielnie, po klęsce uciekając z pola bitwy utonął w bagnach przygnieciony przez upadającego wierzchowca.

No i jeszcze kilka słów o kwiku świń. Obecnie dość dużo wiemy o dźwiękach wydawanych przez świnie w różnych okolicznościach i o ich znaczeniu. Wiemy, że jest to sposób porozumiewania się i wyrażania emocji u tych zwierząt. W sytuacjach krytycznych odgłosy wydawane niemal równocześnie przez wszystkie osobniki danej grupy bywają bardzo uciążliwe. Ogłuszający, przenikliwy kwik tuczników oczekujących z niecierpliwością na zadanie paszy do koryta znany jest zapewne wielu osobom pracującym w wielkotowarowych tuczarniach. Ten budzący niepokój, wręcz strach, harmider świń bywał wykorzystywany w starożytności w działaniach wojennych do płoszenia słoni bojowych. Wykorzystywali ten element jako broń starożytni Grecy i Rzymianie. Jednak losy świń i ludzi przeplatają się w różnych okolicznościach. W 1838 r. George Sand z dziećmi i chory Fryderyk Chopin popłynęli na Majorkę do Valdemossy. Zmiana klimatu miała służyć poratowaniu zdrowia artysty i dzieci Sand (Solange i Maurycego). Jednak ich oczekiwania bardzo różniły się od barwnych opisów i kwiecistych wyobrażeń. Wyspa powitała ich wyjątkowo nietypową, chłodną i deszczową pogodą. Kłopoty socjalne i aprowizacyjne oraz pogłębiająca się choroba Fryderyka spowodowały, że postanowili po kilku miesiącach wrócić do Paryża. Niestety droga powrotna okazała się dodatkowym koszmarem. Okazyjnie zaokrętowali się na statek przewożący świnie (żywy towar eksportowy Majorki) do uboju we Francji. Na wzburzonym morzu załoga statku, (jak pisze we wspomnieniach Sand) „okładała pejczami wieprze”, by zmusić je do ruchu, „co miało zapobiec u nich mdłościom”. Harmider i kwik katowanych tuczników był dodatkowym akcentem dźwiękowym kilkunastogodzinnej podróży po nieudanych wakacjach.Ta kakofonia dźwięków z pewnością nie była miłym akcentem końca podróży na Majorkę, ani inspiracją do nowych kompozycji mistrza.

Życie stawia przed nami ciągle nowe, intrygujące wyzwania. Także przed świniami. Biorąc pod uwagę wyjątkową i często zaskakującą różnorodność informacji, w których świnie pojawiają się w różnych aspektach działalności człowieka, można by powiedzieć, że świnie są dobre na wszystko. Czy te zwierzęta są w stanie jeszcze czymś nas zaskoczyć. Z pewnością nie jest to rozdział zamknięty.

Więcej

Czasem krok wstecz to krok do przodu

Czasem krok wstecz to krok do przodu

Wszyscy wiemy, że w pewnych wypadkach trzeba wycofać się na z góry upatrzone pozycje, aby zebrać siły i skonsolidować środki, by po chwili znów ruszyć naprzód. W armii nazywają to przegrupowaniem.

Zasada stara jak świat

Manewr wstecz jest zawsze korzystny, gdy jest przemyślany i czemuś służy, a nie jest objawem desperacji. Ta maksyma była obca mojej sąsiadce, która postanowiła ruszyć swoim nowiutkim samochodem do przodu, ale nie zauważyła, że dźwignia skrzyni biegów ustawiona jest w pozycji „reverse”, czyli w tył. Kobieta dała ostro po garach i gdy zwolniła sprzęgło, maszyna z impetem ruszyła w przeciwnym kierunku, niż się spodziewała, i tyłem z furią natarła na blaszany garaż stojący za samochodem. Gdy kobieta uprze się jechać, przepisy ruchu drogowego i zdrowy rozsądek są bezsilne (ale często dotyczy to również mężczyzn). Przytoczona operacja przyniosła zdecydowanie same straty, bo nie była przemyślana.

Backfill – ulubiona zabawa Amerykanów

Poprzedni artykuł kończyłem stwierdzeniem, że jako przyszły manager fermy musiałem umieć robić parking lot, czyli „parking” dla loch. Trudno jest go zaobserwować w Polsce, bo w naszym kraju lochy nie są utrzymywane tak długo w kojcach pojedynczych. Zanim „zaparkujemy” trochę loch, zacznę od cofania, o co w tym chodzi?

Back – oznacza wstecz, a fill – wypełnianie, zatem składając to w jedno otrzymamy „wsteczne wypełnianie”,i z grubsza polega ono na cofaniu loch na tylne pozycje, co korzystnie wpływa na porządkowanie fermy. Gdyby zaproponować Amerykanom, żeby zrezygnowali z zasady backfillu,to niechybnie złapaliby się za głowę w niedowierzaniu, że ferma mogłaby bez tego sprawnie działać. Zatem sprawa jest poważna, ale również pracochłonna i jeżeli kiedyś znajdziesz się na fermie loch w Stanach Zjednoczonych, zapomnij o tym, że backfill cię ominie. Trzeba będzie wziąć się do roboty i przy tym pomyśleć, co jest trudne w temperaturze powietrza +38-40℃ i dużej wilgotności wokół, a takie warunki panowały w Karolinie Północnej, w której mieszkałem i pracowałem przez dwa lata.

Cofanie loch w dziale rozrodu

Naszą zasadę wprowadzaliśmy w życie w dwóch obszarach działu rozrodu: w sektorze krycia loch odsadzonych z porodówek i loch luźnych z problemami: spóźnionych, nieprośnych oraz w dziale samic ciężarnych. W obu wypadkach chodziło o zapełnianie miejsc po zwierzętach, które wypadły ze swojego szeregu. Lochy w USA utrzymywane były w kojcach pojedynczych (od momentu odsadzenia, poprzez inseminację aż do porodu) w szeregu według dni krycia, stały jedna obok drugiej i w ten sposób tworzyły specyficzny flow – strumień świń nazywany inaczej „wężem”. Stosowaliśmy 1000-dniowy kalendarz, więc zwierzęta po odsadzeniu były ustawiane wg numerów – dni odsadzenia. Ponieważ objawy rui pojawiają się u loch odsadzonych 3-6 dni po przegonieniu ich do sektora krycia, więc po kilku dniach powyższy szereg okaże się lekko zdekompletowany na skutek tego, że wypadają z niego zwierzęta w rui i zostają przegonione do sektora rozrodu w celu inseminacji. Wtedy nasz łańcuszek ma wolne ogniwa – miejsca i trzeba je odzyskać (zapełnić z sensem), a pojawia się ich szczególnie dużo tam, gdzie dochodzi do dużej rotacji zwierząt. Żadna ferma nie jest z gumy i trzeba tymi miejscami zarządzać. Dlatego codziennie cofaliśmy lochy odsadzone ostatnio w kierunku tych starszych, żeby odzyskać puste miejsca obok siebie i żeby móc umieścić w nich kolejne odsadzone klientki (najnowszą grupę). Zawsze chodziło o to, żeby wszystkie ustawione były po kolei wg dni odsadzenia. W USA mieliśmy 4 odsadzenia w tygodniu, zatem powstawały aż 4 równe grupy loch luźnych (po laktacji) i nie mogły się mieszać. Jeśli w danej grupie pojawiło się 10 pustych kojców w szeregu, to trzeba było wypełnić je zwierzętami z tej samej grupy, a braliśmy je od końca szeregu. Gdy weźmiesz 10 loch i przegonisz w puste kojce wewnątrz grupy, to na samym końcu otrzymasz 10 pustych miejsc obok siebie. I tak robiliśmy, grupa po grupie, każdego dnia, aż na samym końcu były już tylko puste kojce pojedyncze, które przyjmowały kolejne lochy z porodówki. Porządek musiał być. Myślę, że zrozumieliście teraz zasadę wypełniania i taka operacja na polskich fermach też często się odbywa (choć z reguły nie ma tyle odsadzeń w tygodniu), bo dział wykrywania rui często znajduje się w stałym miejscu i też używa się w nim kojców pojedynczych. Robienie miejsca i przegrupowanie nie jest więc Wam obce.

Takie działanie zapewnia również lochom niezbędny ruch (przynajmniej części z nich), zmianę środowiska, trochę hałasu, co korzystnie wpływa na wystąpienie objawów rui (czynnik stresogenny i zaciekawienia). Pomaga też w wyszukiwaniu rui i spacerowaniu pomiędzy lochami z knurem na smyczy. Łatwo możemy sobie obliczyć, ile dni minęło po odsadzeniu dla danej grupy loch i skupić się szczególnie na tych przegonionych z porodówek 3-7 dni wcześniej. Jeżeli nie wchodzą one w ruję przez 7 dni po odsadzeniu, resztki tej grupy musimy usunąć z szeregu i przepędzić do działu loch spóźnionych, gdzie również ustawiamy je według tego samego schematu – od najstarszej do najmłodszej (ale nie chodzi w tym przypadku o ich wiek). I znów to samo: najmłodsze przesuwamy potem do najstarszych, a kolejne zwierzęta, które stają się najmłodszymi, trafiają zawsze na koniec łańcucha.

W Polsce lochy spóźnione lub nieprośne często przebywają już w kojcach zbiorowych, więc sytuacja jest trochę inna.

Pan Mądraliński w akcji

Pewnego dnia przyszło mi zarządzać operacją przemieszczania loch na rozrodzie. Do dyspozycji miałem dwóch moich ulubionych Afroamerykanów: Jerry’ego i Derika, ktoś przecież musi otwierać odpowiednie klatki, poganiać lochy, a ja je łapałem, czyli otwierałem drzwiczki pojedynek i czekałem aż delikwentka łaskawie wejdzie do środka. Po godzinie przestawiania okazało się, że lochy ustawiłem odwrotnie. Gdy oni chcieli przegonić je z prawej na lewo, ja zrobiłem w przeciwną stronę – z lewej na prawą.

– Peter, umiesz to w ogóle robić? Znasz się na tym? – pytali potem moi współpracownicy, gdy spojrzeli na efekt naszej pracy. I mieli skonfundowane miny.

– Ależ oczywiście moi bracia! – zapewniłem ich szybko i jąłem tłumaczyć w czym rzecz.

W praktyce w jednej grupie odsadzonych zwierząt mieliśmy od 40 do 60 loch. Wyobraźmy sobie, że najstarsza grupa liczyła 50 loch i 32 wypadły na skutek wystąpienia rui. Tyle pustych kojców i tyle przesuwania (z prawej – to był punkt końcowy – na lewo)! Lepiej zatem najstarsze przegonić w kierunku najmłodszych (one nie wchodzą jeszcze w ruję i szereg w zasadzie jest pełny) i strefa pustych kojców utworzy się po lewej stronie (na początku, a nie na końcu). Lepiej więc tam wprowadzić kolejne zwierzęta. Wtedy okaże się, że z prawej strony będą wypadać kolejne świnie, a te z lewej będą je wypierać. Nastąpi cykliczna rotacja i będzie znacznie mniej przesuwania. Podczas gdy Amerykanie chcieli, żeby te najstarsze zawsze były w jednym, stałym miejscu (tak samo świeże odsadzenie), ja zaproponowałem im przemieszczające się grupy.  

– Peter, ale jesteś mądry – skonstatowali moi towarzysze pracy i wniosek płynie z tego taki, że najpierw usiądź i pomyśl, co chcesz zrobić i w jaki sposób? Każdy z Was musi wypracować własne metody, ważne, żeby był porządek. Nie jestem fanatykiem, żeby upierać się tylko przy określonym rozwiązaniu.

Parking lot ratuje sytuację

Parking lot” oznacza „parking” i w ten sposób przechowywaliśmy 10% celu krycia loch. Jeśli tygodniowo mieliśmy kryć 100 loch, to 90% z nich ustawialiśmy po kolei, w rzędzie – do inseminacji – a 10 szt. trafiało do specjalnego rzędu, zwanego parking lotem (tam również były inseminowane). Gdy nadszedł 4 tydzień po ich domniemanym zapłodnieniu, zwierzęta w podstawowej grupie i na „parkingu” były badane testerem na okoliczność ciąży. Nieprośne wypadały z szeregu, a w puste kojce w podstawowym szeregu wpędzaliśmy prośne sztuki z „parkingu”, ale tak, aby dni krycia były po kolei. Na parking lot przeganialiśmy lochy zawsze w niedzielę (ostatni dzień krycia w danej grupie technologicznej), więc jeśli świnie wypadały po trochu w każdym dniu tygodnia, trzeba było „zagęszczać” – przestawiać w tył skrajne lochy z kolejnego dnia krycia, aby zapełnić puste kojce pojedyncze. I tak do końca, aż puste miejsca zostały na końcu. W to miejsce przychodziły lochy z parking lotu. Były z ostatniego dnia tygodnia, więc trafiały na koniec. W ten sposób wpychaliśmy je do głównego rzędu, żeby były razem ze swoją grupą i nie było problemów przy przegonce na porodówkę. Czasem współczynnik zapłodnienia był tak dobry, że wypadało mało loch i właściwie nie było dość miejsca dla wszystkich tych z parking lotu. Wtedy kilka z nich zostawało na nim aż do porodu, dlatego dobrą praktyką było sprawdzanie parking lotu na okoliczność zasiedlania porodówki, żeby nie było oproszeń poza kojcem porodowym.

Na tym specjalnym „parkingu” znajdowały się przedstawicielki wszystkich grup z tzw. niskiej ciąży, czyli przed badaniem na prośność. Je również trzeba było zagęszczać, aby wstawiać kolejne przedstawicielki nowych grup (jedne wyszły, a kolejne przychodzą). No niestety tego wszystkiego nie uczyli mnie na studiach i musiałem wgryzać się w ten logistyczny problem na nowo. W Polsce, gdzie ciężarne lochy utrzymuje się w kojcach grupowych, takie postępowanie jest trudne, gdyż nie można dokładać do nich kolejnych loch, aby zapełnić puste miejsca po tych, które wypadły, bo będą gryźć się i walczyć, co grozi utratą zarodków. Trzeba wtedy na nowo zestawiać grupy i przeganiać niepełne kojce z „niskiej ciąży” na tzw. wysoką ciążę i w taki sposób odzyskiwać miejsca w systemie. Na szczęście wiele ferm przechodzi na system kojców pojedynczych w sektorze niskiej ciąży, co sprzyja produktywności fermy i jest zgodne z dobrostanem zwierząt w tej fazie produkcji. A zwierząt z sektora wysokiej ciąży lepiej nie ruszać w ogóle, żeby nie doszło do poronień i strat produkcyjnych.

Porodówki nie pozostają dłużne

– F…ck, gdzie moja locha? Gdzie mój zegarek? – darła się Sheryll, brygadzistka działu porodówek.

Jeszcze 3 godziny temu monitorowała poród u loch (wkładała rękę do macicy, aby pomóc rodzącym się prosiętom) i nie zauważyła, że miała zegarek. Oczywiście nie używała rękawic ochronnych, bo po co? I zegarek utkwił w szyjce macicy. Kobieta zdenerwowała się i pognała po oksytocynę do biura, aby wstrzyknąć ją w lochę i przyspieszyć wydalanie łożyska, no i żeby locha urodziła jej wspaniały amerykański zegarek. W międzyczasie jej koleżanka, Myra, przegoniła lochę wraz ze świeżym przychówkiem do komory porodówki, w której przebywały lochy ze starszymi prosiętami i Sheryll nie mogła połapać się, które to było zwierzę i gdzie się teraz znajduje? Backfill na porodówkach polega na tym, że gdy zwierzęta w danej komorze porodówki w większości się oproszą, wygania się z niej, z kojców, lochy jeszcze nieoproszone i przenosi się je do kolejnej komory, w której lada chwila będą oproszenia. W zamian z tej samej komory („młodszej”) cofa się lochy już po oproszeniu wraz z prosiętami. Dzięki temu można zarządzać wiekiem prosiąt w komorze porodowej i sprawić, że wiek odsadzenia – wean age, będzie podobny (różnica między najmłodszym i najstarszym miotem wyniesie do 2-3 dni). Korzystnie wpływa to na późniejszą grupę prosiąt, która jest prawie jednorodna, co z kolei rzutuje na ich odchów i późniejszy tucz. Poza tym wszystkie rodzące lochy mamy w jednym miejscu, dzięki czemu łatwiej jest ogarnąć temat. Warunkiem jest odpowiednia zdrowotność stada, bo czasem mieszanie między komorami sprzyja szerzeniu się infekcji i biegunek zabójczych dla osesków.  

Przy backfillu na porodówkach zdarzały się też zabawne sytuacje. Sheryll często przeganiała swoje podopieczne o świcie i była przy tym tak zamulona, że często myliła kojce i przewoziła prosięta w wózku do innych loch, które nie były ich matkami. Klęła przy tym jak szewc i dobrze, że słabo znałem wtedy angielski, bo uszy zwiędłyby mi natychmiast.

Pewnego dnia Sheryll wydała gardłowy okrzyk, który poruszył naszą załogę i wstrząsnął całą fermą. Okazało się, że przewiozła w wózku 13 prosiąt i zaspana wyłożyła je do kojca w odpowiedniej komorze porodówki i… okazało się, że zamiast lochy leżał w nim Alfonso! Spał i chrapał sobie w nim w najlepsze, a leżał na macie grzewczej, żeby mu było ciepło (była akurat zima). Po przebudzeniu go, co nie było trudne, bo prosięta zaczęły bezpardonowo ssać jego ciało i uderzać go ryjkami, aby zechciał zaoferować im trochę mleka, wyznał, że sam schował się po południu na fermie, pozwolił, aby go na niej zamknięto i potem wybrał sobie przytulny pusty kojec, żeby zasnąć snem niewiniątka. Alfonso pił zbyt dużo i stracił prawo jazdy. Stwierdził, że lepiej będzie spać na fermie, niż przyznać się, że nie ma prawka. Dobrze, że wybrał sobie kojec porodowy, a nie inseminacyjny, bo przebudzenie o świcie mogłoby okazać się dla niego dość trudne!

Moi Drodzy, powyższe tematy pojawiały się już w moich tekstach, ale wiadomo, że dobre rzeczy trzeba sobie przypominać, poza tym nie każdy czytał je wszystkie w ciągu kilku ostatnich lat.

Piotr Włódarczak

Więcej

arbocel


1200x250_baner_topigs
Trzoda Chlewna - Ogólnopolskie czasopismo dla producentów trzody, zootechników i lekarzy weterynarii
Przegląd prywatności

Ta strona korzysta z ciasteczek, aby zapewnić Ci najlepszą możliwą obsługę. Informacje o ciasteczkach są przechowywane w przeglądarce i wykonują funkcje takie jak rozpoznawanie Cię po powrocie na naszą stronę internetową i pomaganie naszemu zespołowi w zrozumieniu, które sekcje witryny są dla Ciebie najbardziej interesujące i przydatne.